Kiedy ciało mówi „dość”. Jak stres i tłumione emocje wpływają na zdrowie kobiet

Zmęczenie, bezsenność, napięcie czy problemy z trawieniem często uznajemy za efekt stresu i codziennego pędu. Tymczasem ciało może w ten sposób sygnalizować, że zbyt długo ignorujemy własne potrzeby i emocje. Jak nauczyć się słuchać tych sygnałów, zanim ciało zacznie krzyczeć?

Ciało rzadko krzyczy od razu. Najpierw szepcze, i to tak cicho, że ten szept bardzo łatwo pomylić z czymś zupełnie zwyczajnym: z gorszym tygodniem, ze zmianą pogody, z wiekiem, z tym, że przecież wszyscy dookoła są zmęczeni.

Zaczyna się niewinnie. Budzisz się o trzeciej nad ranem i leżysz z oczami otwartymi, przerabiając w głowie jutrzejszą rozmowę, której jeszcze nie odbyłaś. Kark boli od kilku miesięcy, ale masz na to swoje wytłumaczenie, bo przecież siedzisz przy biurku. Żołądek reaguje na jedzenie, które jadłaś przez całe życie. Wieczorem opadasz na kanapę z uczuciem, że ktoś w ciągu dnia odkręcił w Tobie zawór i spuścił całą energię.

A Ty robisz wtedy dokładnie to, czego nauczyłaś się najlepiej. Kupujesz magnez, wpisujesz w wyszukiwarkę swoje objawy, obiecujesz sobie, że po tym projekcie zwolnisz, i wracasz do listy zadań. Bo lista jest konkretna, a ciało jakoś tam sobie poradzi. Zawsze radziło.

Ciało zabiera głos wtedy, kiedy Ty go oddałaś

W pracy z kobietami widzę pewną prawidłowość, która powtarza się z uporem godnym lepszej sprawy. Ciało zaczyna mówić głośno dopiero wtedy, gdy wszystkie łagodniejsze formy komunikacji zostały zignorowane.

Najpierw był impuls, żeby powiedzieć „nie”, którego nie wypowiedziałaś. Potem było zmęczenie, któremu nie dałaś odpocząć. Potem była złość, którą przełknęłaś, żeby nie robić afery, i smutek, którego nie wypłakałaś. 

Każdy z tych sygnałów miał swoje zadanie. Miał Cię zatrzymać. Kiedy nie zatrzymał, ciało sięgnęło po język, którego nie da się przewinąć w kalendarzu na przyszły tydzień: po ból, bezsenność, kołatanie serca, wysypkę, spadek odporności, problemy hormonalne.

To nie jest kara ani przypadek. To ostatni dostępny sposób, żeby zwrócić Twoją uwagę.

Co się dzieje w środku, kiedy stres nie ma końca

Nasza fizjologia jest genialnie przystosowana do zagrożenia, które trwa krótko. W sytuacji stresu organizm mobilizuje wszystko, co ma: rośnie poziom kortyzolu i adrenaliny, serce bije szybciej, mięśnie napinają się w gotowości, oddech staje się płytki, a cukier trafia do krwi, żeby dać nam paliwo do ucieczki albo do walki. Wszystko, co w tym momencie nie służy przetrwaniu, zostaje odłożone na później. Trawienie zwalnia. Odporność schodzi na drugi plan. 

Ten mechanizm jest doskonały pod jednym warunkiem: że zagrożenie mija, a organizm wraca do równowagi i spokojnie odbudowuje to, co zawiesił.

Problem polega na tym, że Twoje ciało nie odróżnia niebezpieczeństwa od skrzynki mailowej, w której czeka czterdzieści nieprzeczytanych wiadomości, od telefonu z banku, od trudnej rozmowy z klientem i od myśli o tym, że znowu nie zdążyłaś na przedstawienie córki. Reaguje na to wszystko tak samo. A jeśli takie sygnały płyną do niego przez miesiące albo lata, mobilizacja przestaje być wyjątkiem i staje się stanem domyślnym.

Wtedy zaczyna się rachunek. Przewlekle podniesiony kortyzol rozregulowuje sen, a niewyspany organizm gorzej radzi sobie ze stresem następnego dnia, więc koło się zamyka. Układ odpornościowy pracuje słabiej, przez co łapiesz każdą infekcję, która przechodzi obok. Napięte mięśnie karku i szczęki dają bóle głowy, z którymi żadna tabletka nie wygrywa na dłużej. Jelita, nazywane drugim mózgiem nie bez powodu, reagują na emocje szybciej niż świadomość. Do tego dochodzą tarczyca i cały układ hormonalny, który u kobiet reaguje na przeciążenie wyjątkowo czule.

Nie twierdzę, że każda choroba bierze się z emocji, bo to byłoby nadużycie i krzywda dla wszystkich, które chorują z zupełnie innych powodów. Twierdzę coś innego. Przewlekły stres jest tym czynnikiem, który obniża odporność organizmu na wszystko pozostałe.

Emocja, której nie wypuścisz, zostaje w ciele

Emocja jest energią i ma jedną cechę, o której rzadko się mówi: ona musi gdzieś pójść. Jeśli nie znajdzie ujścia w słowach, we łzach, w ruchu albo w postawieniu granicy, znajdzie je w ciele.

Przez lata pracy z kobietami nauczyłam się czytać pewne powtarzalne schematy. Tłumiona złość najczęściej odkłada się w szczęce, w karku i w barkach, u kobiet, które od dziecka słyszały, że złość jest brzydka. Niewypłakany smutek siada w gardle i w klatce piersiowej, i przez lata daje o sobie znać uczuciem ściskania, którego nie widać na żadnym badaniu. Lęk mieszka w brzuchu i w przeponie, dlatego oddech staje się płytki, a Ty budzisz się rano już zmęczona, mimo że przespałaś siedem godzin.

Zapytaj siebie teraz uczciwie, gdzie Twoje ciało trzyma napięcie. Prawdopodobnie znasz odpowiedź od dawna, tylko nigdy nie potraktowałaś jej poważnie.

Kobiety tłumią po cichu i z uśmiechem

Jest jeszcze jeden powód, dla którego ten temat dotyka kobiet w szczególny sposób, i nie ma on nic wspólnego z biologią.

Uczono nas być grzecznymi. Nie robić zamieszania, nie sprawiać kłopotu, nie wychodzić przed szereg. Dziewczynka, która się złości, słyszy, że jest niegrzeczna, a dziewczynka, która płacze, słyszy, że przesadza. Dorosła kobieta, która stawia granicę, bardzo szybko dowiaduje się, że jest trudna we współpracy.

Więc uczymy się mistrzowsko wykonywanego numeru. Uśmiechamy się, mówimy „nic mi nie jest, dam radę”, bierzemy na siebie kolejny obowiązek i wracamy do domu, gdzie czeka drugi etat, którego nikt nie nazywa pracą. Firma, dzieci, dom, starzejący się rodzice, przyjaciółka w kryzysie, wszystko naraz i wszystko na Twojej głowie.

Kiedy pytam klientkę, czego potrzebuje, bardzo często zapada cisza. Nie dlatego, że nie chce powiedzieć. Dlatego, że od tak dawna nikt jej o to nie pytał, że sama przestała wiedzieć.

„Wyniki ma pani w normie”

Pamiętam gabinet, w którym usłyszałam to zdanie. Siedziałam z plikiem badań, wszystkie mieściły się w widełkach, a lekarz powiedział mi łagodnie, że wszystko jest w porządku i że pewnie po prostu jestem przemęczona.

Wyszłam stamtąd i zamiast poczuć ulgę, poczułam coś, co trudno mi było wtedy nazwać. Wstyd. Skoro papier mówi, że nic mi nie jest, to znaczy, że ze mną jest coś nie tak. Że jestem przewrażliwiona, że robię z siebie ofiarę, że inne kobiety jakoś dają radę, a ja nie.

Wsiadłam do samochodu, spojrzałam w kalendarz i przełożyłam jedno spotkanie. Jedno. Resztę zostawiłam bez zmian, bo przecież wszystko jest w normie.

Dziś wiem, że nie było. Że moje ciało od miesięcy prowadziło ze mną rozmowę, w której ja odpowiadałam wyłącznie „za chwilę”. Później przyszły diagnozy, o których pisałam już przy innej okazji, i one w końcu tę rozmowę wymusiły. Ale najbardziej żal mi tamtego dnia w gabinecie, bo miałam wtedy w rękach wszystkie informacje, których potrzebowałam, i wybrałam uwierzyć papierowi zamiast sobie.

Chcę tu postawić sprawę jasno, bo to ważne. Do lekarza trzeba iść i objawy trzeba zbadać, zawsze. Ale badanie, które nic nie wykazało, nie jest dowodem na to, że wszystko jest dobrze. Bywa dowodem na to, że szukamy w niewłaściwym miejscu.

Dlaczego dwa tygodnie urlopu tego nie naprawiają

Prawie każda kobieta, z którą pracuję, próbowała już wcześniej odpocząć. I prawie każda mówi to samo: że wróciła z wakacji i po trzech dniach było dokładnie tak jak przedtem.

Dzieje się tak dlatego, że odpoczynek działa na zmęczenie, a nie na jego przyczynę. Jeśli źródłem Twojego napięcia jest przekonanie, że musisz wszystko udźwignąć sama, że odpoczynek trzeba sobie zapracować albo że jak zwolnisz, to wszystko się posypie, to zabierzesz je ze sobą na plażę razem z kremem z filtrem. Wrócisz do tego samego kalendarza, do tych samych granic, których nie postawiłaś, i do tych samych rozmów, których nie odbyłaś.

Spa, joga i suplementy pomagają, ale robią to samo co magnez. Obniżają temperaturę, nie gasząc ognia.

Sygnały, obok których nie przechodź obojętnie

Zatrzymaj się, jeśli rozpoznajesz u siebie kilka z tych rzeczy naraz.

Budzisz się w nocy między drugą a czwartą i nie możesz zasnąć, choć jesteś skrajnie zmęczona. Rano wstajesz z uczuciem, jakbyś w ogóle nie spała. Masz przewlekłe napięcie w karku, szczęce albo barkach, którego nie zdejmuje ani masaż, ani ciepła kąpiel. Twój żołądek i jelita reagują na stres szybciej niż na jedzenie. Łapiesz każdą infekcję i długo się z niej podnosisz. Serce przyspiesza bez wysiłku fizycznego, a oddech bywa płytki. Doszły objawy skórne, których wcześniej nie miałaś. Zmienił się Twój cykl. Zdarza Ci się płakać bez wyraźnego powodu albo, co bywa jeszcze bardziej niepokojące, nie czujesz już prawie nic.

I sygnał, który u moich klientek pojawia się najczęściej ze wszystkich: coraz trudniej Ci odpowiedzieć na pytanie, czego chcesz, bo od lat zadajesz sobie wyłącznie pytanie, co jeszcze musisz zrobić.

Jak wychodzi się z tego naprawdę

Kiedy kobieta trafia do mnie w takim stanie, prawie zawsze prosi o strategię. Chce grafiku, systemu, sposobu na delegowanie i planu, który wreszcie ogarnie chaos. To zrozumiałe, bo tak właśnie radziła sobie do tej pory ze wszystkim.

Tyle że w tej kolejności to nie działa. Wiem, bo sama próbowałam.

Zaczynamy od emocji, czyli od tych wszystkich, które przez lata były tłumione, bo nie było na nie miejsca ani przyzwolenia: od złości, żalu, zazdrości, frustracji i lęku. Nie po to, żeby je pokonać, tylko po to, żeby w końcu je usłyszeć i domknąć. Nie rozgrzebuję przeszłości latami, bo do niczego to nie prowadzi.

Potem pracujemy z przekonaniami, z tymi zdaniami, które nosisz w sobie od dzieciństwa i które brzmią jak fakty, choć są tylko schematami. „Nikt nie zrobi tego lepiej ode mnie”. „Odpoczynek trzeba sobie zapracować”. „Jeśli nie dam rady, ktoś zobaczy, że jestem słaba”.

Potem uczymy się słuchać ciała. Zamiast pytać siebie w kółko, co jeszcze zostało do zrobienia, zaczynasz pytać: co to napięcie chce mi powiedzieć? Ten ścisk w gardle i ten kamień w brzuchu nie są przeszkodą do pokonania. Są wiadomością, której przez lata nie odbierałaś.

I dopiero na końcu przychodzi strategia: granice, delegowanie, nowy model pracy, plan na siebie i na biznes. Wtedy ona się utrzymuje, bo nie stoi na fundamencie, który pod nią pęka.

Tak właśnie pracuję z kobietami według metodologii Change Value Process, łącząc pracę logiczną z pracą z podświadomością, ciałem i emocjami. Bez tego połączenia zmiana zwykle trzyma się kilka tygodni, a potem wszystko wraca.

Od czego zacząć, kiedy ciało już mówi

Nie musisz przewracać życia do góry nogami ani rzucać firmy. To byłoby kolejne „muszę” na Twojej i tak długiej liście.

Zacznij od czegoś znacznie mniejszego. Usiądź dziś na pięć minut, bez telefonu, zamknij oczy i przejedź uwagą po swoim ciele od czubka głowy w dół. Znajdź miejsce, w którym siedzi napięcie, i zamiast je od razu rozluźniać, zapytaj: co próbujesz mi powiedzieć? A potem poczekaj w ciszy. Odpowiedź może przyjść nie od razu, czasem dopiero następnego dnia, i rzadko przychodzi w formie zdania. Częściej jako obraz, wspomnienie albo nagła jasność, kogo albo czego masz już dość.

To jest pierwsza rozmowa z ciałem od bardzo dawna. Ona wystarczy na początek.

A jeśli czytając ten tekst rozpoznałaś w nim siebie, to zmęczenie, to odruchowe „nic mi nie jest” i to zdanie o wynikach w normie, które nic nie wyjaśniło, chcę Ci powiedzieć jedno. Nie jesteś przewrażliwiona i nie jesteś w tym sama.

Zapraszam Cię z całego serca na bezpłatną konsultację. Spokojnie przyjrzymy się temu, co zabiera Ci dziś najwięcej energii, i zobaczymy, gdzie w Twoim życiu odkłada się napięcie, które ciało próbuje unieść za Ciebie. Bez presji i bez oceniania.

Umów się na bezpłatną konsultację. Zrób ten jeden mały krok, zanim zrobi go za Ciebie Twoje ciało.


Autorka: Monika Kot-Pryszczewska – coach głębi, terapeutka. Pracuje w metodologiach Change Value Process i Career Step Revolution według standardów ICF. Wyróżniona tytułami Inspirujący Coach (Talent Development Institute, 2025) oraz Osobowość Roku 2026 portalu iKobiece.pl.

iKobiece.pl
Author: iKobiece.pl