Jak odnaleźć nadzieję i siłę po stracie? – Wywiad z Małgorzatą Fabricius
W trudnych chwilach, gdy życie przynosi straty, naturalnym odruchem jest poszukiwanie sensu i sposobu na ukojenie bólu. Małgorzata Fabricius, terapeutka i założycielka marki „KochamCOmam – Kiedy kochasz co masz, to masz już wszystko”, przekształciła swoje osobiste doświadczenia w misję wspierania innych. W rozmowie opowiada o tym, jak strata syna stała się punktem zwrotnym w jej życiu, doprowadzając do odkrycia głębokiej miłości do siebie samej.
Z wyczuciem i empatią, Małgorzata dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat pracy z emocjami i przekonaniami, pokazując, że nawet w najciemniejszych momentach można odnaleźć wewnętrzny spokój. Jej historia inspiruje do doceniania tego, co mamy, i przypomina, że każdy z nas nosi w sobie siłę do transformacji cierpienia w miłość i nadzieję. Jak mówi: „Kiedy kochasz co masz, to masz już wszystko”.Zapraszamy do przeczytania inspirującej rozmowy, która otwiera drzwi do refleksji nad stratą, miłością i odnajdywaniem siebie.
Karolina Dąbrowska: Tworzysz własną markę „KochamCOmam – Kiedy kochasz co masz, to masz już wszystko”? Skąd wzięła się nazwa i co dla Ciebie oznacza?
Małgorzata Fabricius: Ta nazwa przyszła spontanicznie. Kiedy podjęłam decyzję, że chcę pracować z tematem straty, szukałam nazwy, która ten temat trochę rozświetli. Żeby nie było aż tak ciężko. I żeby moja praca była kojarzona z czymś pozytywnym. Przede wszystkim z nadzieją.
Kiedy pojawiła się ta nazwa, sama nie byłam w stanie do końca zbudować mostu – między stratą a miłością, czy pokochaniem tego, co się ma. To był proces. Musiałam do tego dojrzeć, żeby finalnie zwerbalizować, że pomagam po stracie odkryć miłość. Szczególnie miłość do samej siebie. Bo właśnie tej miłości najbardziej nam brakuje, kiedy kogoś lub coś tracimy.
KD: Jak wyglądała Twoja droga do odkrycia swojej misji? Czy pamiętasz moment, w którym poczułaś, że chcesz pomagać innym?
MF: Ja już przed stratą syna byłam terapeutką. Praktykowałam przez 10 lat homeopatię klasyczną, oferowałam ustawienia rodzin i hipnoterapię. Także praca z człowiekiem nie była mi obca. Śmierć syna tak mnie zresetowała, że nie wyobrażałam sobie wrócić do starego zawodu, ale chęć pracy z ludźmi pozostała.
To nie był jeden moment, w którym zrozumiałam moją misję. Na początku były to nieśmiałe przebłyski. Po śmierci syna dużo pracowałam z emocjami i przekonaniami. Na początku priorytetem było uleczenie własnej straty i ułożenie się w nowym życiu. Kiedy miałam wrażenie, że czuję się wewnętrznie stabilna, pojawił się temat pracy ze stratą i chęć przekazania mojego doświadczenia dalej.
KD: Co było najtrudniejsze w procesie przekształcania własnej straty w siłę do działania?
MF: Mam wrażenie, że wszystko było trudne. Ale chyba te 3 rzeczy dały mi najbardziej popalić – tęsknota, utrata starej tożsamości (kompletnie nie wiedziałam kim jestem) i uczucie pustki. Ten czas, to był dosłownie jak emocjonalny armagedon. Bardzo nieobliczalny.
Z drugiej strony, przez to, że te stany były tak intensywne, bardzo motywowały mnie do działania. Życie w cierpieniu nigdy nie było dla mnie opcją. Dlatego robiłam wszystko, żeby tę tęsknotę, pustkę czy zagubienie przetransformować i dojść do korzeni tego bólu. Poświęciłam dużo czasu i energii na przemianę tego cierpienia. Dlatego jestem teraz w stanie pracować z tematem straty z innymi ludźmi.
KD: Wspominasz o pracy z emocjami i przekonaniami. Jakie narzędzia lub techniki stosujesz, by pomóc klientom?
MF: Chyba największą robotę robi tu zrozumienie i empatia z mojej strony, bo ja też byłam w takim miejscu. Ludzie wyczuwają, że nie jestem teoretykiem. Mam też dobrą intuicję i wychwytuję rzeczy z tak zwanego pola – czego człowiek potrzebuje, co na ten moment jest do przerobienia i w jakim tempie.
To, co jest jeszcze mega ważne, to delikatność i subtelność albo takie otulenie. Człowiek po stracie jest jak zbity pies. Stworzenie ciepłej i serdecznej atmosfery są bardzo pomocne, ale też klarowność i jasność. W czasie sesji, kiedy pracuję z klientem, korzystam z konkretnych narzędzi. Jest trochę elementów z ustawienia rodzin, jest praca z emocjami i przekonaniami. Czasami elementy z hipnoterapii. Zawsze dopasowuję to do potrzeb.
KD: Jakie najczęstsze błędne przekonania o stracie spotykasz u swoich klientów?
MF: Ludzie po stracie często uciekają od tego, co jest, bo nie ma w nich zgody na przeżycie negatywnych emocji. To mogą być różne odskocznie – praca, alkohol, kompletnie zagrzebanie się w smutku i odcięcie się od świata zewnętrznego.
Jest też strach przed pracą z emocjami i konfrontacją z tym co boli. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że to jest bardzo wdzięczna praca i że strach ma wielkie oczy. Często po takiej pracy pojawia się duża ulga.
Jest przekonanie, że czas załatwi wszystko – czyli również uleczy rany. Nic bardziej mylnego. To my jesteśmy odpowiedzialni za nasze rany. Czas za nas tego nie zrobi. Często słyszę też – „nigdy nie zaakceptuję mojej straty”. Nie ma co się tym na początku stresować. Akceptacja jest na końcu tej drogi. To jest proces, który wymaga zaangażowania, m. in. pracy z emocjami czy przekonaniami. Przede wszystkim jest związany z wewnętrznym pragnieniem poczucia się lepiej.
KD: Jakie wyzwania pojawiają się podczas pracy z osobami, które przeżyły stratę?
MF: Niecierpliwość i niezgoda na proces, że to wymaga czasu i że lepsze samopoczucie nie pojawia się od razu – czyli są wzloty, ale też gorsze dni. Albo że czasami trzeba wytrzymać w „nie wiem”.
Często pojawia się też niezgoda na „puszczenie cierpienia””, bo niby świadomie człowiek szuka ukojenia, ale podświadomie czuje dzięki cierpieniu bliskość osoby, którą stracił. Taka postawa zamyka przed nowym życiem.
KD: Czy mogłabyś opowiedzieć o jednym z najbardziej transformujących momentów, jakie zaobserwowałaś u swoich podopiecznych?
MF: Najbardziej transformującym momentem jest, kiedy człowiek na sesji odkrywa swój wewnętrzny spokój. Wtedy naprawdę zadziewa się magia, bo w tym całym emocjonalnym chaosie, trudno sobie wyobrazić, że można poczuć ciszę i spokój. A tu nagle „słowo staje się ciałem” i pragnienie spokoju ducha staje się realne.
Każdy z nas ma ten spokój. To jest nasza prawdziwa natura. Kiedy raz zostaje odkryty, trudno jest go zapomnieć. To odkrycie własnego spokoju bardzo osadza człowieka w sobie.
KD: Strata syna z pewnością zmieniła Twoje życie. Co pozwoliło Tobie odnaleźć sens w tak trudnym doświadczeniu?
MF: No właśnie odkrycie mojej misji. Na początku zdałam sobie sprawę, że dzięki synowi poznałam, co znaczy miłość. Bo syn obdarował mnie tak wielką miłością, której do tej pory nie znałam. Kiedy odszedł, zrozumiałam, że muszę dać sobie ją teraz sama. Dlatego, kiedy wybrałam się w moją wewnętrzną podróż, to oczywiście – z jednej strony chciałam poczuć się lepiej, ale przede wszystkim szukałam miłości do samej siebie. Kiedy miłujesz samą siebie, to tego nikt ci już nie odbierze. I tak moje wewnętrzne poszukiwania miały wpływ na nazwę KochamCOmam i moją obecną pracę – czyli jak pokochać siebie i dać sobie czułość w najciemniejszym momencie.
KD: Jak Twoje osobiste doświadczenia wpływają na sposób, w jaki pracujesz z klientami?
MF: Moja wiedza i zrozumienie, które zdobyłam transformując moją stratę, są teraz moją biblioteką. Ludzie czują się zrozumiani, bo wiedzą, że ja też przeżyłam stratę i moja wiedza nie jest z podręcznika.
Mam wrażenie, że nie ma między mną a klientem tematu tabu, jeśli chodzi o przeżywanie straty. Zresztą, ja też wiem, o co się zapytać. Czasami na sesjach dowiaduję się od klienta, że pierwszy raz tak szczerze i otwarcie może mówić o swoim bólu, a to daje wielką ulgę.
KD: Co chciałabyś przekazać osobom, które dopiero zaczynają swoją podróż po stracie?
MF: Najważniejsze to dać sobie czas i przestrzeń na przeżywanie tego, co się pojawia. My ludzie jesteśmy istotami czującymi, a nie automatami. Po stracie potrzebujemy przede wszystkim dużo czułości, ciepła i miłości. Często czekamy na to z zewnątrz. Oczywiście, uwaga bliskich jest ważna, ale najważniejsze jest zaopiekowanie się samym sobą. Dlatego tak ważna jest świadoma praca z tym, co się czuję albo z przekonaniami. Można to robić samemu albo z kimś na sesjach. Praca z tak zwanym cieniem, a po stracie ten cień jest ogromny, jest wielkim aktem miłości wobec siebie samej.
KD: Jaką jedną radę dałabyś tym, którzy czują, że stracili sens życia?
MF: Nie poddawaj się, to można zmienić. To tylko iluzja, chociaż wiem, że jest odczuwana bardzo prawdziwie. Człowiek traci sens życia, kiedy nie wie, kim jest i nie zna swojej wartości. Mierzy wszystko oczyma innych, bo nie ma dostępu do własnego potencjału.
To odczuwanie można zmienić, kiedy zmienia się perspektywę. To znaczy, kiedy poznajesz swoją wartość i masz odwagę być mistrzem swojego życia, bo życie tworzy się od środka na zewnątrz. Wtedy życie zaczyna nabierać sensu i staje się lżejsze, a człowiek czuje więcej radości.
KD: Czy są książki, cytaty lub historie, które szczególnie Cię inspirują i którymi dzielisz się z klientami?
MF: Wiesz, tu chyba zacytuję samą siebie: „Kiedy kochasz co masz, to masz już wszystko”. To zdanie jest moim mottem przewodnim – w mojej pracy, ale też w życiu. Nie mam tu na myśli pokochania rzeczy materialnych, tylko docenienie i zauważenie tego, kim się jest i jak piękne może być życie.
Drugie ważne zdanie, które przyszło mi kiedyś w medytacji: „Jesteś już tym, kim chciałabyś być”. Czyli – to czego szukamy, jest już w nas.
Czasami bolesne przeżycia wybijają nas z naszej strefy komfortu i stają się trampoliną do odkrycia czegoś nowego. Ważne jest tylko, żeby mieć ciekawość dziecka i świadomość swoich pragnień. Wtedy wszystko jest możliwe.
Więcej informacji o działaniach Małgorzaty znajdziesz na www.kochamcomam.pl oraz na Facebooku, Instagramie i TikToku.


