Dają radę. Do czasu. Dlaczego kobiety odkładają własne zdrowie?
Kobiety błyskawicznie wyłapują niepokojące sygnały u bliskich. Wiedzą, kiedy dziecko zaczyna się rozkładać, a partner „wygląda nie tak”. Problem zaczyna się wtedy, gdy podobne sygnały wysyła ich własne ciało.
Uważne na innych, surowe dla siebie
Kobiety potrafią rozpoznać infekcję u dziecka szybciej niż aplikacja medyczna. Wiedzą, kiedy ktoś z bliskich „wygląda nie tak”. Wyczuwają napięcie, zanim padnie pierwsze słowo. A kiedy coś dzieje się z nimi? Najczęściej mówią: „To pewnie nic”. Ignorowanie własnych objawów nie wynika z braku wiedzy. Wynika z roli, którą kobiety od lat pełnią społecznie: opiekunek, organizatorek, strażniczek harmonogramów i emocji całej rodziny. To one pamiętają o terminach szczepień, badaniach partnera, receptach rodziców. W tej hierarchii ich własne zdrowie często znajduje się na końcu listy, gdzieś między „jak będzie czas” a „po wszystkim”.
Objawy, które łatwo zracjonalizować
To nie jest jednostkowa historia. Badania pokazują, że kobiety częściej bagatelizują objawy przewlekłego zmęczenia, bólu czy zaburzeń hormonalnych, tłumacząc je stresem i nadmiarem obowiązków. W przypadku chorób sercowo-naczyniowych część pacjentek zgłasza się do lekarza później, ponieważ pierwsze objawy, takie jak duszność, uczucie rozbicia czy ból pleców, nie pasują do stereotypowego obrazu zawału. Jeśli nie ma silnego bólu w klatce piersiowej, łatwiej uznać, że to przemęczenie. Statystyki potwierdzają skalę problemu. Choroby serca pozostają jedną z głównych przyczyn zgonów kobiet, a ich przebieg bywa mniej typowy niż u mężczyzn. Objawy są subtelniejsze, mniej oczywiste, łatwiejsze do zignorowania. W onkologii czas ma kluczowe znaczenie. Wczesne wykrycie dramatycznie zwiększa szanse leczenia, a opóźnienie o kilka miesięcy potrafi zmienić cały scenariusz terapii.
„Najpierw ważniejsze sprawy”
Podobnie wygląda to w codzienności. Guzek w piersi, który „może się wchłonie”. Zmiana na skórze, która „chyba się nie powiększa”. Nietypowe krwawienia, które „może są ze stresu”. Wiele kobiet przyznaje, że pierwsze niepokojące sygnały zauważyły wcześniej, ale odsunęły je w czasie. Najpierw praca. Najpierw dzieci. Najpierw „ważniejsze sprawy”. Psychologia nazywa to mechanizmem odraczania troski o siebie. Dopóki kobieta jest w stanie funkcjonować, uznaje, że sytuacja nie jest poważna. Jeśli może wstać z łóżka, pójść do pracy, załatwić sprawy, to znaczy, że „jeszcze daje radę”. Ciało wysyła sygnały. Umysł je racjonalizuje. To mechanizm obronny, który pozwala przetrwać przeciążenie. Problem zaczyna się wtedy, gdy przeciążenie staje się normą.
Lęk, który każe nie wiedzieć
Dochodzi do tego jeszcze jeden czynnik: lęk. Ignorowanie objawów często nie jest obojętnością, lecz unikaniem. Jeśli nie pójdę do lekarza, nie usłyszę złej diagnozy. Jeśli nie zrobię badań, problem „nie istnieje”. To krótkotrwała ulga, która w dłuższej perspektywie może kosztować znacznie więcej. Społeczny przekaz dodatkowo wzmacnia ten schemat. Dobra kobieta daje radę. Jest silna. Nie przesadza. Nie skupia się na sobie. Mówi się o niej z podziwem, gdy funkcjonuje mimo bólu i zmęczenia. Rzadko chwali się ją za to, że powiedziała: „nie czuję się dobrze, potrzebuję lekarza”.
Cichy paradoks
Powstaje cichy paradoks. Kobiety są bardziej uważne na zdrowie innych niż na własne. Potrafią natychmiast reagować na objawy u bliskich, ale wobec siebie stosują znacznie wyższy próg alarmowy. Może właśnie tu zaczyna się realna zmiana. W jednym prostym pytaniu zadanym samej sobie: czy gdyby ten objaw dotyczył mojej córki, siostry, przyjaciółki, też powiedziałabym, że to nic takiego?
Siła, która zaczyna się od zatrzymania
Konsekwencje bywają poważne. Późniejsze rozpoznania chorób przewlekłych. Zaawansowane stadia nowotworów. Wieloletnie funkcjonowanie z nieleczonymi zaburzeniami hormonalnymi, depresją czy przewlekłym bólem, które przez lata były normalizowane. Wiele pacjentek dopiero po diagnozie mówi: „wcześniej coś czułam, ale myślałam, że przesadzam”.
Kobieta, która reaguje na niepokojący objaw, nie dramatyzuje. Kobieta, która zapisuje się na badania kontrolne, nie jest przewrażliwiona. Kobieta, która mówi „coś jest nie tak”, nie szuka uwagi. Ona skraca drogę do diagnozy. Nie trzeba być bohaterką własnego wyczerpania. Nie trzeba udowadniać siły ignorowaniem bólu. W kulturze, która nagradza nadludzką wydolność, łatwo pomylić wytrzymałość z odpowiedzialnością. Tymczasem prawdziwa siła polega na tym, by w porę powiedzieć: „zatrzymuję się”. Bo zajęcie się własnym zdrowiem nie powinno być nagrodą za to, że wszystko inne zostało już zrobione. Powinno być fundamentem, na którym wszystko inne może się opierać. I nikt nie będzie go pilnował za nas.
Autorka: Klaudia Płuciennik – współtwórczyni projektów profilaktyki skóry w CogitoMedica. Przekłada medycynę na prosty język i codzienne rytuały, które dają spokój. Offline — najczęściej z dermatoskopem i kubkiem kawy.
Więcej informacji o CogitoMedica znajdziesz na www.cogitomedica.de oraz na Facebooku i Instagramie.


