Kiedy życie pisze nowy scenariusz – historia o tym, jak pasja potrafi poskładać życie na nowo

Jeszcze kilka lat temu wszystko w jej życiu miało jasno wytyczony plan: studia, praca w laboratorium chemicznym i stabilna przyszłość. Niespodziewana choroba syna, miesiące spędzone w szpitalach i depresja sprawiły jednak, że musiała zacząć od nowa – najpierw jako matka walcząca o rodzinę, a potem jako kobieta odbudowująca siebie. W ciszy domowej piwnicy powstały pierwsze prace z żywicy, które z czasem przerodziły się w wspólną markę tworzoną razem z mężem. Dziś opowiada o drodze od kryzysu do spełnienia i o tym, jak pasja potrafi stać się terapią, pracą i sposobem na życie jednocześnie.

Redakcja: Twoja droga zawodowa nie była oczywista. Jak wyglądał moment, w którym zdecydowałaś się odejść z dotychczasowej pracy i skupić na rodzinie?

Dominika Feliga: Już na studiach zaczęłam pracę w laboratorium. Najpierw jako stażystka, a potem pełnoetatowy pracownik w firmie chemicznej. Wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem: tytuł mgr inż. oraz praca w pobliskiej firmie chemicznej. Okazało się, że jestem w ciąży bliźniaczej. Termin porodu ok. 32. tydz. ciąży, czyli ok. połowa lutego, urlop macierzyński i oczywiście powrót do pracy. Dla dzieci zaplanowany żłobek. Jednak los zadecydował inaczej… Po porodzie syn już w pierwszej dobie życia miał swoją pierwszą operację (urodził się z wadą wrodzoną układu moczowego: wodonercze i nadciśnienie w pęcherzu moczowym). Oczywiste było, że to ja zostaję z nim w szpitalu, a córka wraca do domu z mężem. Rodzina zawsze była i jest dla mnie wartością nadrzędną. Oczywiste dla mnie było, że nie wrócę już do pracy zawodowej, tylko zostanę z dziećmi w domu.

Macierzyństwo bliźniąt i choroba syna to ogromne emocjonalne doświadczenie. Jak ten czas wpłynął na Ciebie jako kobietę?

Takie szarpanie się po szpitalach i walka o życie syna trwały prawie półtora roku: operacje, zakażenia, pobyty kontrolne… i moje rozdarte serce między jednym dzieckiem w szpitalu, z którym byłam, oraz dwójką dzieci w domu. Bo bliźniaki mają o 5 lat starszego brata. Mój stan psychiczny nie wytrzymał i dostałam depresję…
Uważałam, że zawiodłam jako matka, kobieta, żona… Wieczorami ze łzami w oczach schodziłam do piwnicy, obecnie mojej pracowni, w której panował spokój. To tam był mój azyl, w którym powstawały moje pierwsze prace.

Na początku tworzenie było dla Ciebie formą terapii. Co dokładnie dawała Ci ta praca w najtrudniejszych momentach?

Tak, dokładnie, ale o tym, że to jest dla mnie forma terapii, dowiedziałam się dużo później. W ciągu dnia działałam zero-jedynkowo: dzieci, dom, a wieczorami miałam czas dla siebie. Według mnie po prostu schodziłam na dół, by uciec od problemów, wyciszyć się, zrelaksować, uspokoić swoje myśli. Z czasem psychiatra uświadomił mi, że to idealnie na mnie działa i jest to najlepsza terapia, jaką sama sobie zafundowałam. Bo to tam mogłam się wyżyć, popłakać i uspokoić. Tworzyłam prace, w które wkładałam swoje emocje, serce i część własnej duszy. I tak jest do dnia dzisiejszego.

Jak zmieniło się Twoje podejście do pasji, od ucieczki od problemów do świadomej drogi zawodowej?

Moje prace początkowo trafiały do moich bliskich i znajomych. Z czasem znajomi chcieli dla swoich znajomych, potem znajomi znajomych dla swoich znajomych i tak to się rozkręciło. Pewnego dnia zrozumiałam, że schodzę do pracowni, bo muszę, a nie bo chcę. Są zamówienia, na które czekają konkretni odbiorcy. Wtedy zrozumiałam, że właśnie to jest to, co chcę robić… Miałam dzieci, które są dla mnie całym światem obok siebie, mogłam pracować wtedy, kiedy miałam na to czas, najczęściej w nocy. Ale robiłam to, co chciałam, spełniałam się, a w głowie miałam swój wymarzony stół z żywicy. Wiedziałam jednak, że do tego potrzebuję pomocy męża.

Tworzysz razem z mężem. Jak wspólna praca wpłynęła na Waszą relację i codzienne życie?

Od samego początku zawsze mogłam liczyć na męża. Dzięki mojemu uporowi, po nieudanych próbach, w końcu stworzyliśmy nasz pierwszy stół z żywicy. I to nas pochłonęło do reszty. Kamil w 2021 roku zrezygnował również z etatu i od 5 lat wspólnie kroczymy przez życie zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Spędzamy ze sobą praktycznie 24/7 i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Rozumiemy się bez słów, wystarczy jedno spojrzenie, by wyczytać swoje myśli. Wspieramy się zarówno w pracy, jak i w obowiązkach domowych. Role same się podzieliły: ja ogarniam sprawy biurowe w firmie oraz wylew żywicy, a on jest od zadań specjalnych (obróbka drewna i perfekcyjne wykończenie stołów).

Co drewno i żywica symbolizują dla Ciebie dziś, po tych wszystkich latach doświadczenia?

Drewno i żywica to właśnie my. Mąż – drewno, a ja – żywica. Razem tworzymy całość zarówno w życiu, jak i w pracy. Uzupełniamy się i nie możemy bez siebie istnieć. Uwielbiamy tworzyć, wkładamy w to całe serce, cząstka nas zostaje tam na zawsze. Każda praca to dla nas kolejne dziecko. A nasze motto: RÓB TO, CO KOCHASZ, Z TYM, KOGO KOCHASZ. Wtedy jest pełnia szczęścia.

Jakie były największe wewnętrzne bariery, które musiałaś pokonać, budując swoją markę od podstaw?

Najbardziej obawiałam się, czy będę wystarczająco obowiązkowa i zdeterminowana, by codziennie mieć chęci do pracy. Praca zawodowa w domu jest wbrew pozorom bardzo trudna, wymaga wielkiej samodyscypliny, bo nie masz nad sobą szefa. Sama musisz wyznaczyć sobie czas pracy i zakres prac na każdy dzień. Bałam się, że nie pogodzę pracy przy dzieciach z pracą zawodową, że fizycznie zabraknie mi czasu. Z perspektywy czasu wiem, że to wszystko siedzi tylko w naszej głowie. Jeśli czegoś chcesz, to nie czekaj na motywację, chroń swój spokój i rób to, czego pragniesz.

Jak wyglądała droga od pierwszych prób do momentu, w którym zrozumiałaś, że to już coś trwałego?

Początkowo było to tylko dla mnie, dla mojego spokoju, potem zaczęło podobać się to innym. Z czasem ludzie sami prosili, bym wykonała dla nich jakiś swój wyrób z żywicy, bo chcieli podarować to innym. Pewnego dnia zrozumiałam, że nie schodzę do piwnicy, bo chcę, tylko bo muszę, bo czekają tam na mnie zamówienia. Jednak była to dla mnie pełna satysfakcji decyzja, bo kocham to, co robię, i mój przymus jest wręcz przyjemnością.

Jak to doświadczenie zmieniło Twoje postrzeganie siły, wartości i kobiecej społeczności?

Wiem, że nic nie dzieje się przypadkiem. Wszystko jest po coś. Ma nas czegoś nauczyć lub zmienić. Jeśli chcesz być silna i odważna, nie staniesz się nią z dnia na dzień. Dopiero po ciężkich doświadczeniach i trudnych sytuacjach zdobędziesz siłę i odwagę, które zmienią Cię już na zawsze. Każde trudne doświadczenie jest dla nas lekcją, z której musimy same wyciągnąć wnioski. Kobiety są bardzo silne i wspierają się wzajemnie.

Co powiedziałabyś kobietom, które są dziś w kryzysie i nie widzą jeszcze, że pasja może stać się drogą do odbudowania siebie?

Jestem przykładem, że z pozornie rozsypanego życia można zbudować coś pięknego. Że tam, gdzie inni widzieli koniec, zbudowałam coś nowego. Że każda z nas może, podobnie jak ja, powstać jak feniks z popiołów, jeszcze silniejsza, mocniejsza i odważniejsza. Jeśli robiąc to, co kochasz, czujesz ciepło w sercu, jeśli daje Ci to radość i satysfakcję – idź w to dalej. Rozwijaj się i walcz o siebie… bo może jest to początek pięknej przygody, jaką proponuje Ci życie.


Dominika Feliga – rękodzielniczka i współtwórczyni rodzinnej pracowni stołów z drewna i żywicy, którą prowadzi razem z mężem. Mama trójki dzieci, dla której macierzyństwo stało się początkiem zupełnie nowej drogi zawodowej i osobistej. Tworzenie zaczęło się jako sposób na poradzenie sobie z trudnymi doświadczeniami i depresją, a z czasem przerodziło się w pełnoprawną pracę oraz życiową pasję. Wierzy, że nawet najtrudniejsze momenty mogą stać się początkiem czegoś dobrego.

Fot. Unsplash

iKobiece.pl
Author: iKobiece.pl

Promuj swój biznes w kobiecej społeczności
Dotrzyj do nowych odbiorczyń i zyskaj nowe klientki!
To dla mnie!