Otworzyć drzwi duszy – Katarzyna Ben Taleb o uzdrawianiu i duchowym przebudzeniu

Współczesny świat, pełen wyzwań i ciągłych zmian, często sprawia, że tracimy kontakt z najgłębszą częścią siebie – z naszą duchowością, intuicją i wewnętrznym światłem. W takich momentach szczególnie ważne staje się odnalezienie przewodnika, który potrafi towarzyszyć nam w drodze do uzdrowienia i przebudzenia. Katarzyna Ben Taleb jest właśnie takim przewodnikiem – jasnowidzką i uzdrowicielką dusz, która od lat pomaga ludziom powracać do swojej pierwotnej mocy i harmonii. W wywiadzie dla iKobiece.pl opowiada o swojej niezwykłej duchowej drodze, metodach pracy, a także o tym, jak wspiera innych w trudnych chwilach, prowadząc ich ku światłu, które nigdy nie gaśnie.

Karolina Dąbrowska: Katarzyno, jak zaczęła się Twoja duchowa droga? Czy był jakiś przełomowy moment, który zapoczątkował Twoje powołanie jako jasnowidzki i uzdrowicielki dusz?

Katarzyna Ben Taleb: Tak naprawdę moja duchowa droga zaczęła się… zanim jeszcze potrafiłam to nazwać. Od najmłodszych lat czułam coś niezwykłego – taką delikatną, cichą obecność czegoś większego. Byłam bardzo wrażliwa, odbierałam emocje ludzi, jakby były moimi własnymi. Czułam energię miejsc, sytuacji, ludzi – choć wtedy nie znałam tych słów. To było po prostu „takie coś”, wewnętrzne przeczucie, pewność, która się nie myliła.

Od zawsze przyciągałam ludzi. Moje koleżanki lgnęły do mnie, zwierzały się, a ja… po prostu mówiłam to, co czułam. I te moje słowa bardzo często okazywały się trafne, wręcz prorocze. Choć dla mnie to było naturalne, nigdy nie robiłam z tego sensacji. Z wykształcenia jestem pracownikiem socjalnym, przez chwilę pracowałam też jako nauczycielka – i choć bardzo cenię te doświadczenia, czułam, że moje powołanie sięga głębiej.

Przełom nastąpił, gdy przez kilka lat mieszkałam bardzo daleko od Polski, w kraju, który sam w sobie miał silną energię transformacji. Tam ludzie zaczęli przychodzić do mnie na lekcje, a wychodzili… z czymś więcej. Z odpowiedziami. Z nadzieją. Z ulgą. Z nową siłą. Z czasem już nie przychodzili po naukę, ale po wgląd, po światło, po uzdrowienie. I wtedy poczułam – to jest to. To jest ta droga, którą moja dusza znała od zawsze. A ja po prostu do niej dorosłam.

Dziś wiem, że to, co kiedyś wydawało się „dziwne” albo „intrygujące”, było darem. I że jestem tu po to, by to światło przekazywać dalej – z miłością, uważnością i głębokim szacunkiem dla dusz, które się do mnie zwracają.

Na swojej drodze piszesz, że towarzyszysz duszom w powrocie do ich pierwotnego światła. Co to dla Ciebie znaczy? Jak wygląda ten proces?

Dla mnie to zdanie – „powrót do pierwotnego światła” – jest jak najpiękniejsza prawda o nas samych. Wierzę głęboko, że każdy człowiek nosi w sobie światło, które jest jego esencją. To coś czystego, nieskazitelnego, pierwotnego – coś, co zawsze tam było, nawet jeśli życie chwilowo to przesłoniło. My jesteśmy z natury pełni, piękni, mądrzy i prowadzeni przez wewnętrzną intuicję, choć czasem, w wirze codzienności, o tym zapominamy.

Często osoby, które do mnie trafiają, są właśnie na takim zakręcie – nie widzą dalej drogi, stoją przed murem, czują się zagubione albo wyczerpane. I wtedy zaczynamy rozmawiać, spotykamy się w polu serca i duszy, a ja po prostu słucham, czuję, widzę. Zaczynam dzielić się tym, co mi się pokazuje, co odczuwam – i dzieje się coś bardzo wzruszającego. Te osoby zaczynają się otwierać. Coś w nich drga, przypomina sobie. Zaczynają widzieć na nowo. Czują, że mają wybór, że mają moc. I że wszystko, czego szukały na zewnątrz, tak naprawdę już od dawna było w nich.

Ten proces jest delikatny, głęboki. To droga do siebie – do swojej intuicji, do tej części, którą nazywam wewnętrznym uzdrowicielem, a czasem też wewnętrznym nauczycielem. To nie ja uzdrawiam – ja tylko towarzyszę. Przypominam. Trzymam przestrzeń, by dusza mogła sięgnąć po to, co zawsze było jej. I kiedy widzę, jak ktoś zaczyna wierzyć w siebie, dostrzega swoje możliwości, rozświetla się – to jest najpiękniejszy moment. Taki cichy cud, którego mam zaszczyt być świadkiem.

Mówisz, że nie obiecujesz drogi bez bólu, ale prowadzisz ku światłu, które nie gaśnie. Jak pomagasz ludziom przejść przez trudne momenty?

To prawda – nigdy nie obiecuję, że droga będzie wolna od bólu. Bo życie, choć bywa cudowne, nierzadko prowadzi nas przez cienie. Ale wierzę głęboko, że ból sam w sobie nie jest wrogiem. On często przychodzi jako nauczyciel, jako przewodnik. To, co rani, czasem właśnie budzi nas do prawdy o sobie. Uczy, gdzie jeszcze się nie ukochaliśmy, gdzie zapomnieliśmy o swojej wartości, gdzie nadal trzymamy coś, co już nam nie służy.

Pomagam ludziom przede wszystkim poprzez obecność. Przez głębokie słuchanie – nie tylko słów, ale tego, co dzieje się poza nimi. Patrzę z duszy do duszy, bez oceniania, bez narzucania. Tworzę przestrzeń, w której druga osoba może poczuć się bezpiecznie i prawdziwie usłyszana. W tej ciszy i uważności bardzo często coś się porusza. Zaczyna się rozjaśniać. Człowiek sam zaczyna widzieć – że to, co go boli, może być też bramą. Że nie musi już dłużej dźwigać przeszłości, starych przekonań, cudzych oczekiwań.

Nie chodzi o to, by uciekać od trudnych emocji, ale o to, by przez nie przejść – z miłością i łagodnością. Ja tylko towarzyszę. Przypominam o sile, która już tam jest. Przekazuję energię, ale przede wszystkim – wiarę. Wiarę w to, że nawet po największym smutku może przyjść ukojenie. Że to światło, o którym mówię – ono nie gaśnie. Nawet jeśli czasem tylko się przysłoni.

Najbardziej wzruszające chwile to te, gdy ktoś, kto był przygaszony, nagle prostuje się, odetchnie głęboko… i sam zaczyna świecić. Widzi, że może. Że potrafi. I że ten trudny moment, choć bolesny, był bramą do czegoś większego, prawdziwszego.

Pracujesz z energią Reiki. Czym jest Reiki w Twoim odczuciu? Jak wpływa na życie osób, z którymi pracujesz?

Reiki jest dla mnie jak cicha modlitwa serca. Jak subtelny szept miłości Wszechświata, który przenika wszystko – ciało, duszę, myśli, emocje. To nie tylko technika czy metoda – to stan bycia, głębokiego połączenia z czymś większym, z czystym światłem, które leczy, koi i przypomina, kim naprawdę jesteśmy.

Zanim jeszcze poznałam słowo „Reiki”, już ją czułam. Już wtedy, jako dziecko – kiedy przykładałam ręce do zwierząt, które potrzebowały opieki, kiedy szeptałam słowa do serc ludzi, którzy czuli się zagubieni – ta energia już przepływała przeze mnie. To było naturalne, jak oddech. Intuicyjnie czułam, że wystarczy być w obecności, w czułości, by coś dobrego się wydarzyło. By coś zaczęło się goić – nie tylko na poziomie fizycznym, ale też emocjonalnym, duchowym.

Reiki to dla mnie energia współodczuwania. To światło, które niczego nie narzuca, nie pcha, nie wymusza. Ono po prostu jest – obecne, ciepłe, mądre. I kiedy przekazuję je drugiemu człowiekowi – czy przez dłonie, czy na odległość, czy przez spojrzenie, słowo, intencję – to zawsze jestem poruszona, jak wiele można uzdrowić samym byciem i otwartym sercem.

Ta energia wpływa na życie osób, z którymi pracuję, często w sposób delikatny, ale głęboki. Czasami znika napięcie z ciała, czasami pojawia się zrozumienie, ulga, spokój. A czasem po prostu człowiek zaczyna inaczej patrzeć – bardziej łagodnie, bardziej w zgodzie ze sobą. Reiki przypomina nam, że jesteśmy częścią większej całości, że nie jesteśmy sami, że jesteśmy prowadzeni.

I dlatego tak ważne jest, by pielęgnować swoją energię – by być czystym kanałem, by żyć w zgodzie ze sobą. Bo kiedy jesteśmy połączeni ze swoim światłem, to możemy naprawdę rozświetlać drogę innym.

W Twojej praktyce pojawia się również hipnoza. Co skłoniło Cię do tego kroku i jak zamierzasz połączyć ją z dotychczasowymi metodami pracy duchowej?

Hipnoza terapeutyczna przyszła do mnie w bardzo naturalny sposób – jakby była kolejnym krokiem na mojej drodze. Od zawsze fascynował mnie umysł człowieka: jego możliwości, głębia, a szczególnie ten niewidoczny, ale tak potężny obszar, jakim jest podświadomość. Już jako dziecko zastanawiałam się, dlaczego niektóre rzeczy czujemy tak silnie, dlaczego coś nas blokuje, skąd biorą się nasze reakcje, przekonania, emocje. Wiedziałam, że gdzieś tam – głęboko – są odpowiedzi.

Hipnoza okazała się dla mnie jak klucz. To jedno z najczulszych, a zarazem najskuteczniejszych narzędzi, jakie poznałam, bo to właśnie ona pozwala dotrzeć do tych miejsc w nas, które czasem nieświadomie nosimy całe życie – do starych przekonań, bolesnych zapisów, schematów, które nie są już nasze. I co najpiękniejsze – w hipnozie możemy je przemienić z łagodnością, z czułością, bez walki. Po prostu je rozpoznać i pozwolić im odejść.

W mojej pracy łączę różne metody – intuicyjnie, sercem, zawsze z poszanowaniem tego, co dana dusza w danym momencie potrzebuje. Hipnoza stała się dla mnie pięknym dopełnieniem – nie zastępuje innych form, ale pogłębia je. Wspiera proces uzdrawiania energetycznego, rozwija pracę z wewnętrznym dzieckiem, wzmacnia wizje i prowadzenie duchowe. Jest jak delikatna podróż do źródła siebie – z przewodnikiem, ale to dusza prowadzi.

Wierzę też, że uczymy się całe życie, a hipnoza – szczególnie ta terapeutyczna – uczy pokory i głębokiego zaufania: do mądrości umysłu, ale i do mądrości serca. To narzędzie nie tylko uzdrawia – ono przypomina, że możemy być wolni. I że ta wolność zaczyna się w nas.

Wielu ludzi sceptycznie podchodzi do pracy z energią czy z duchowym uzdrawianiem. Co powiedziałabyś komuś, kto czuje się rozdarty między ciekawością a sceptycyzmem?

Przede wszystkim… ja nie przekonuję. Nie namawiam. Nie ingeruję.
Głęboko wierzę, że każda dusza ma swój własny czas przebudzenia, swój własny rytm, swoje własne drzwi — które otwierają się wtedy, kiedy są na to gotowe.

Bardzo często trafiają do mnie osoby, które wcześniej były sceptyczne — nie szukały duchowości, nie wierzyły w jasnowidzenie, nie znały pracy z energią. A jednak… coś je przyciągnęło.
Czasem to był trudny moment w życiu, zagubienie, pytanie bez odpowiedzi, potrzeba światła — kiedy wszystko inne zawiodło.
I właśnie wtedy, kiedy się spotykamy, pojawia się cisza, w której coś się otwiera. Coś, co było w nich zawsze.
Ja tylko pomagam to zauważyć.

Często słyszę później: „Nie wiem, jak to możliwe, ale to wszystko się zgadza”.
I ja wtedy uśmiecham się z pokorą.
Bo nie chodzi o mnie — chodzi o to, że każdy z nas nosi w sobie prawdę.
Ja tylko ją czytam. Odbieram. I z miłością przekazuję.

Dla tych, którzy są rozdartymi między ciekawością a wątpliwością — powiem tak: to dobrze.
To znaczy, że jesteś uważny, że nie bierzesz nic na ślepo. I to jest piękne.
Ciekawość to początek każdej podróży. A sceptycyzm nie wyklucza otwartości — może być jej cichym początkiem.

Ja nikogo nie zatrzymuję, nie przekonuję.
Wierzę, że jeśli Twoja dusza będzie chciała — to mnie znajdziesz.
A wtedy spotkamy się nie w przekonywaniu, tylko w prawdzie. W tym, co się pokaże.
I być może… coś w Tobie się wtedy poruszy.

Twoja praca dotyka bardzo intymnych sfer — duszy, emocji, wewnętrznej tożsamości. Jakie historie Twoich klientów najbardziej zapadły Ci w pamięć?

Prawdę mówiąc, tych historii jest tak wiele, że można by o nich napisać całą książkę. I każda z nich byłaby inna — każda niezwykle poruszająca, głęboka, ludzka. Dla mnie każdy człowiek, który przychodzi, jest jak mapa — nieznana, unikalna, pełna zakamarków, barw i dróg, które prowadzą do duszy. A dusza… dusza to coś, czego nie da się zmierzyć ani zważyć, a jednak czuje się jej obecność bardzo wyraźnie.

Od ponad 22 lat towarzyszę ludziom w ich podróżach — czasem w trudnych zakrętach, czasem w momentach nadziei i nowych początków. I za każdym razem jestem poruszona tym, jak głęboka może być przemiana. Jak bardzo ktoś, kto był kiedyś pogubiony, może rozkwitnąć. Jak w oczach pojawia się nowe światło, jak życie zaczyna oddychać innym rytmem.

Nie jestem w stanie wskazać jednej „najbardziej zapadającej w pamięć” historii, bo każda jest ważna. Każda toczy się na swój sposób. Niezależnie od statusu, wieku, doświadczeń — każda osoba, która przekracza próg mojej przestrzeni, przynosi ze sobą coś cennego. I to jest dla mnie ogromny dar — móc tego dotknąć, choćby przez chwilę.

Wielu z moich klientów jest ze mną od wielu lat. Znam ich drogi, znam ich przemiany. Byłam z nimi, gdy coś się kończyło, i gdy coś nowego zaczynało się rodzić. I to właśnie jest dla mnie największą wartością w tej pracy — to towarzyszenie, ta czuła obecność i świadomość, że każde spotkanie z drugim człowiekiem to spotkanie z czymś świętym.

Bo człowiek jest nieskończenie ciekawy. Jego życie, osobowość, dusza — to cała opowieść. I każda z tych opowieści ma sens. Każda zasługuje na uwagę, czułość i zrozumienie.

Jak wygląda typowa sesja z Tobą — czy to czytanie kart, Reiki, czy inna forma duchowej pracy? Czego może się spodziewać osoba, która trafia do Ciebie po raz pierwszy?

Każda sesja jest trochę inna — bo każdy człowiek przynosi ze sobą coś innego. Przychodzi z własną historią, pytaniem, energią. Dlatego nie mam sztywnego schematu. Moja praca to spotkanie — bardzo czułe, bardzo uważne. Spotkanie duszy z duszą.

Zazwyczaj osoby trafiają do mnie, kiedy czują, że „coś” w ich życiu się zmienia. Czasem są na rozdrożu, czasem szukają odpowiedzi, wskazówek. Czasem przychodzą po wsparcie energetyczne — po ukojenie, ugruntowanie, wyciszenie. A czasem po coś więcej — po jasność, po wgląd, po zrozumienie tego, co było, i tego, co ma dopiero nadejść.

Najczęściej korzystam z daru jasnowidzenia. To coś, co płynie przeze mnie naturalnie — widzenie, czucie, rozpoznawanie energii, obrazów, sytuacji. Ale też bardzo często wspieram się kartami — one są jak znaki na drodze, jak wskazówki, które potwierdzają to, co przychodzi intuicyjnie. Bardzo je szanuję, bo mają głębię i potrafią poruszyć coś w człowieku — coś, co było ukryte.

Zdarza się, że ktoś przychodzi z bardzo konkretnym pytaniem — o partnera, o pracę, o decyzję do podjęcia, o przeszłość, która nie daje spokoju. A czasem ktoś po prostu mówi: „Kasiu, powiedz mi, co nadchodzi od mojego życia?”. I wtedy zaczynam słuchać — nie tylko słów, ale duszy tej osoby. I to, co się pokazuje, po prostu przekazuję — z pokorą, ze spokojem, z sercem.

Dla wielu osób pierwsza sesja to duże przeżycie — bo często czują się po raz pierwszy naprawdę zobaczeni, usłyszani, zrozumiani. Nagrywam też odpowiedzi, jeśli ktoś nie może być obecny w danym momencie — bo energia i przekaz mają swoją moc, niezależnie od czasu i przestrzeni.

A to, co zawsze daję, niezależnie od formy sesji — to obecność. Bez oceniania. Z miłością. Z intencją, by przypomnieć drugiemu człowiekowi, że jest prowadzony, że nie jest sam, że ma w sobie ogromną siłę i światło.

Bo to nie ja jestem odpowiedzią. Ja tylko pomagam je odnaleźć.

Jakie znaczenie mają dla Ciebie anioły i inne przewodnictwa duchowe? Czy każdy ma dostęp do takiej pomocy?

Anioły… to dla mnie najczystsza forma światła. Od zawsze czułam ich obecność — subtelną, delikatną, niemal szeptem obecności. Już jako dziecko miałam poczucie, że „ktoś” czuwa, że nie jestem sama. Nie potrafiłam tego nazwać, ale wiedziałam, że jest jakaś niewidzialna siła, która pomaga — wtedy, gdy jest trudno, i wtedy, gdy trzeba odnaleźć drogę.

Z czasem ta więź się pogłębiała. Dziś mogę powiedzieć, że anioły są nieodłączną częścią mojego życia, mojej pracy, mojej codzienności. To nie jest związane z żadną religią czy dogmatem. Anioły po prostu — czysta obecność, bez oceny, bez warunków. Wystarczy się otworzyć. Wystarczy poprosić — z serca. One zawsze słyszą. Zawsze odpowiadają, choć nie zawsze tak, jak się tego spodziewamy.

Dla mnie anioły to przewodnicy, ale też uzdrowiciele. Towarzyszą mi w sesjach, w pracy z energią, są obecne w Reiki, w wizjach, w medytacjach. Ich energia jest tak łagodna, że czasem trudno to opisać słowami — ale kto raz jej doświadczy, ten już wie. To jak otulenie ciepłym światłem, jak powrót do domu.

Wierzę głęboko, że każdy z nas ma dostęp do tej pomocy. Każdy. Bez wyjątku. Anioły nie patrzą na nasze błędy, nie oceniają nas przez pryzmat przeszłości. One po prostu nas kochają. Czekają, aż się odezwiemy. Aż poprosimy. Bo mamy wolną wolę — i tylko wtedy mogą działać, kiedy naprawdę jesteśmy gotowi ich zaprosić.

Dlatego tak ważna jest czystość intencji, wrażliwość serca, wewnętrzna cisza. Bo wtedy łatwiej ich usłyszeć — nie zawsze w słowach, czasem w znaku, w obrazie, w nagłym wewnętrznym pokoju. To bardzo intymna część mojego życia, bardzo prawdziwa. Doświadczyłam wielu cudów z ich pomocą. I dlatego wiem, że ta więź jest możliwa dla każdego, kto choćby przez chwilę poczuje, że światło istnieje — i że nigdy nie jesteśmy sami.

Jakie przesłanie chciałabyś dziś przekazać kobietom, które czują się zagubione, wyczerpane albo odcięte od swojej duchowości?

Kochana kobieto… jeśli czujesz się dziś zagubiona, zmęczona, jeśli masz wrażenie, że zgubiłaś siebie — proszę, zatrzymaj się na chwilę. Usiądź w ciszy i posłuchaj… siebie. Bo Ty wciąż tam jesteś. Twoja siła, Twoja mądrość, Twoje światło — one nie zniknęły. Być może po prostu chwilowo przysypało je życie.

Chcę Ci powiedzieć, że wszystko, czego szukasz, już jest w Tobie. Masz w sobie ogromną moc — ale to moc delikatna, miękka, nienachalna. Taka, która nie musi krzyczeć. Taka, która uzdrawia samą obecnością.

Pamiętaj, że rozwój to nie wyścig. To powrót do siebie. Krok po kroku. Z uważnością. Z miłością. Masz prawo się uczyć, masz prawo być niezależna, silna, ale też czuła, wrażliwa, łagodna. Bo to właśnie w tej łagodności jest Twoja największa siła.

Dbaj o siebie. O swoje granice. O swoje marzenia. O swoją energię. I nie bój się sięgać po wsparcie — ono nie jest oznaką słabości, ale odwagi. Pamiętaj, że nawet jeśli teraz nie widzisz drogi — ona tam jest. I wystarczy jeden oddech, jedna cicha decyzja w sercu… by znowu zacząć iść.

Z miłością do siebie. Z wiarą. Z łagodnym światłem w dłoniach.

Bo Ty jesteś ważna. I zasługujesz na życie, które naprawdę Cię karmi.


Wywiadu udzieliła:  Katarzyna Ben Taleb
Więcej informacji o działaniach Anily znajdziesz na www.anilatarotangelscardreadings.co.uk oraz www.katarzynabentaleb.co.uk 
iKobiece.pl
Author: iKobiece.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *