Pasja, która leczy i ratuje – Wywiad z Wiktorią Jędrzejczyk

Praca ze zwierzętami to nie tylko codzienny kontakt z pupilami, ale także głęboka odpowiedzialność i zaangażowanie w ich zdrowie oraz dobre samopoczucie. Wiktoria Jędrzejczyk, zoofizjoterapeutka i kierownik zarządzająca schroniskiem dla bezdomnych zwierząt w Bolesławiu, to osoba, dla której ta praca to nie tylko zawód, ale również życiowa misja. W dzisiejszym wywiadzie opowie nam, jak pasja do zwierząt wpłynęła na jej karierę, jak radzi sobie z wyzwaniami w pracy ze zwierzętami w schronisku oraz jakie ma marzenia na przyszłość. Dowiemy się również, jakie cechy są kluczowe, aby odnosić sukces w tak pełnym emocji zawodzie, oraz jak wygląda codzienność osoby łączącej obowiązki zarządzania schroniskiem z prowadzeniem własnego biznesu. Zapraszamy do inspirującej rozmowy z kobietą, która nie tylko pomaga zwierzętom, ale także przyczynia się do zmiany ich losu.

Karolina Dąbrowska: Co skłoniło Panią do wybrania ścieżki zoofizjoterapeuty i pracy w schronisku? Czy to była decyzja wynikająca z pasji?

Wiktoria Jędrzejczyk: Od zawsze chciałam pracować ze zwierzętami. Czułam, że to jest to, co chcę robić w życiu. Nie warto było mnie od tego odrywać, chociaż rodzice próbowali (jak każdy rodzic chcieli jak najlepiej). Przeświadczenie o mojej „karierze” wśród zwierząt było jak wielki magnes. W końcu w wieku 19 lat po uprzednich warsztatach z masażu koni, gdzie była moda na tego typu szkolenia, zapisałam się na studium zoofizjoterapii zwierząt. To był strzał w dziesiątkę! Po drodze trafiały się też zawody takie jak berajter, instruktor jazdy konnej, technik weterynarii – gdzie po skończeniu 21 lat uzyskałam tytuł, ale nie zagrzałam długo czasu w żadnym z tych zawodów. Za sobą mam przeróżne kursy z behawioru, żywienia i treningu głównie koni oraz psów ale na tej kolekcji certyfikatów na pewno nie skończę. Chciałam pomagać, być elastyczna i działać holistycznie – mieć realny wpływ na zdrowie i życie wszystkich czworonogów, więc jestem tu gdzie jestem, gdzie chciałam być. 

KD: Jak pasja do zwierząt wpływa na Pani codzienną pracę? Czy to ona stanowi główny motor napędowy w podejmowaniu decyzji zawodowych?

WJ: Tak, zdecydowanie jest moim motorem – nie tylko w życiu zawodowym, ale również na co dzień. To nie jest praca tylko i wyłącznie na etat. Tu nie da się odbębnić paru godzin w ciągu dnia i iść do domu. To praca często 24 godziny na dobę. Trzeba to kochać, by się nie wypalić i dalej czerpać z tego przyjemności. 

KD: Czy pamięta Pani moment, kiedy zdała sobie sprawę, że praca ze zwierzętami to nie tylko zawód, ale życiowa misja?

WJ: Dokładnego momentu nie pamiętam… Może to dlatego, że od urodzenia otaczały mnie zwierzęta. Jednak śmiało mogę stwierdzić, że od zawsze mam w sobie poczucie niesienia pomocy. Tak naprawdę nie tylko zwierzętom, ale i ludziom. Tutaj jak i w jednej oraz drugiej pracy mogę to łączyć. Czuję wtedy ogromną satysfakcję i spełnienie. 

KD: Czy istnieje jakaś synergia między Pani pracą jako zoofizjoterapeuty a zarządzaniem schroniskiem? Jak te dwa obszary się wzajemnie uzupełniają?

WJ: Tak, oba obszary super się uzupełniają. Jeśli trafia do Nas pies po wypadku czy po długiej tułaczce, występują zmiany chorobowe, np. zwyrodnienia czy atrofia mięśni – działam. Cieszę się, bo mogę obie prace łączyć ze sobą. W czasie kiedy (niestety) ogrom różnych zwierząt trafia do schroniska, mam niesamowite tzw. „pole do popisu”, czyli zbieram doświadczenie, które ma znaczny wpływ na pracę zoofizjoterapeuty i rozwój w tym obszarze. 

KD: Jak udaje się Pani łączyć obowiązki zarządzania schroniskiem z prowadzeniem własnego biznesu? Jakie wyzwania napotyka Pani na co dzień?

WJ: Dobra organizacja i codzienna motywacja siebie samej – uważam, że są to klucze do sukcesu, nie tylko tutaj, ale i w wielu zawodach. Warto też mieć zgrany zespół, który w ciężkich chwilach podnosi na duchu. Moim napędem w schronisku jest Karolina, która razem ze mną pełni tą funkcję i szczerze mówiąc bez niej byłoby mi ciężej. Wyzwania jakie napotykam na co dzień to na pewno zmęczenie, gdyż nawet w niedzielę i święta jestem dostępna dla pacjentów oraz osób, które adoptowały zwierzaki z Naszego schroniska. Mimo, że lubię kontakt z klientami obu tych profesji, niestety czasem również bywam przebodźcowana. Najgorszym wyzwaniem z tych wszystkich jest chwilowa bezsilność po przykrych wydarzeniach. 

KD: Co daje Pani największą satysfakcję w pracy ze zwierzętami? Co sprawia, że nawet w najtrudniejszych momentach nie traci Pani zapału i energii do pracy?

WJ: Największą satysfakcję, jak już wspomniałam, dają mi zwierzęta i to jak realnie mam wpływ na ich komfort życia. Często niechciane i niekochane, niektóre nawet i całe ich życie traktowane jak przedmioty przestawiane z kąta w kąt. Wyobrażacie sobie psa, który po latach bycia niechcianym trafia do domu pełnego ciepła i miłości gdzie czuję się po prostu chciany? Łzy płyną same, a serce rośnie. 

KD: Czy mogłaby Pani podzielić się historią zwierzęcia, które po długiej rehabilitacji odzyskało witalność i znalazło kochający dom?

WJ: Cóż… Jest parę takich zwierząt, jednak póki co nie mają zbytnio dużego związku ze schroniskiem. Kaczka urodzona z deformacją stawu oraz przykurczem płetwy, gdzie z właścicielem za pomocą prowizorycznej protezy oraz terapii odzyskała względną sprawność. Względną, gdyż staw był do uratowania operacyjnie, tylko operacji właściciel się nie podjął. Zwykły czarny kot przybłęda, który z dnia na dzień przestał używać swojej tylnej łapki. Jednak po kilku sesjach rehabilitacyjnych, które opierały się na rehabilitacji z piłkami typu jeżyki, kinezyterapią oraz terapia manualną odzyskał swoją tylną łapkę i ze swobodą mógł skakać po drapakach. Pies rasy kundelek o imieniu Blacky – przyjechał ze starym, źle zrośniętym złamaniem. Tutaj oprócz ponownego łamania kości i złożenia operacyjnie (niepodjęto się tego) niewiele można było realnie zrobić, jednak starałam się ulżyć mu chociażby zabiegami fizykalnymi. Po 4 miesiącach szczęściarz znalazł dom.

KD: Jak radzi sobie Pani z trudnymi emocjami, które mogą towarzyszyć pracy ze zwierzętami w trudnych warunkach, jak np. w schronisku?

WJ: Nie można być na wszystko przygotowanym. Dużo widziałam, ale jestem pewna, że wiele przede mną. Staram się zazwyczaj wytłumaczyć sobie pewne zdarzenia, ale kiedy się nie da, po prostu staram się usiąść gdzieś w odosobnieniu i przetrwać to, bądź dać upust emocjom. To absolutnie nic złego. Warto w takich przypadkach mieć też hobby, coś swojego, gdzie całkowicie się temu oddamy w ciężkich chwilach. 

KD: Co poradziłaby Pani osobom, które wahają się podążać za swoimi pasjami z obawy przed trudnościami czy społecznymi ograniczeniami?

WJ: Jest cytat, który bardzo lubię i już trochę ze mną jest. Brzmi on „Ludzie sukcesu wiedzą, że sami tworzą swoje szczęście” (Paul H). Uważam, że jeśli się to czuję w głębi, to prędzej czy później odniesiemy sukces, bo to nie tylko przypływające pieniądze na koncie czy rozpoznawalność, ale poczucie spełnienia i robienia tego jakby to była już część Naszego życia. Tak widzę właśnie sukces. Jeśli mocno w to wierzymy – uda się. Strach jest nieodłącznym elementem sukcesu. Nie bez powodu mówi się, że strach jest jego wrogiem. Jeśli zdamy sobie sprawę, że to jest Nasze jedyne życie, które z pozoru wcale nie trwa tak długo, to trudności czy społeczne ograniczenia, które napotykamy na swojej drodze będą tylko chwilową niedogodnością. 

KD: Jakie cechy charakteru, według Pani, są kluczowe, by odnosić sukces w pracy tak pełnej emocji, jak zoofizjoterapia i zarządzanie schroniskiem?

WJ: Kluczowe są nerwy ze stali, niesamowita cierpliwość i empatia. Nie zapominajmy także, że to nie tylko praca stricte ze zwierzakami, ale także z ludźmi i papierami, aby wszystko było zgodnie ze sztuką. Dobra organizacja swojej pracy i umiejętności pracy pod presją, umiejętne zarządzenie ludźmi to również niezbędna cecha – ja wciąż dalej popełniam tu błędy i wyciągam wnioski, ale w końcu nie ma ludzi nieomylnych. 

KD: Jaką radę ma Pani dla osób, które zastanawiają się nad adopcją zwierzęcia ze schroniska? Na co powinny zwrócić uwagę i jak najlepiej przygotować się na ten krok?

WJ: Myślę, że nie ma tu złotej rady i jasnej odpowiedzi na pytanie jak się najlepiej przygotować na adopcje. Każdy jest inny i trzeba podejść do tego indywidualnie. Moim zdaniem, to co ja bym zrobiła na początek, to usiadłabym i odpowiedziała na pytania „Jakim trybem żyje i jakie cechy posiadam? Na ile mam doświadczenia i minimalnej chociaż podstawowej wiedzy o psach?” Osoba o aktywnym trybie życia, a osoba spokojna powinna dobrać psa do siebie, któremu będzie mogła dać to, czego pies według jakiegoś typu rasy czy osobowości potrzebuje.

KD: Na zakończenie – Gdzie widzi Pani siebie i swoją misję za kilka lat? Jakie marzenia i cele chciałaby Pani jeszcze zrealizować?

WJ: Nie planuje niczego, jednak moim marzeniem jest prowadzenie ośrodka rehabilitacyjnego dla zwierząt, takiego z opcją pozostawienia zwierząt na cały cykl rehabilitacyjny. Poza tym chciałabym, aby rehabilitacja zwierząt gospodarskich także była możliwa w Polsce, tak jak za granicami kraju. Celem jest edukacja społeczeństwa, by w końcu zmieniło się przeświadczenie ludzi, że pies ze schroniska powinien być po stokroć wdzięczny za zabranie go do Naszego domu. To żywa istota, która całkowicie inaczej rozumuję pewne sytuację. 


Więcej o działaniach Wiktorii znajdziesz na Facebooku FutureAnimal oraz Schronisko dla bezdomnych zwierząt w Bolesławiu.

iKobiece.pl
Author: iKobiece.pl