Wewnętrzna siła rodzi się w ciszy i bólu — rozmowa z Kamillą Kostrzewą o książce „Życie bez korzeni”

W dzisiejszym świecie, pełnym pośpiechu i powierzchownych relacji, często trudno jest odnaleźć własne korzenie i poczuć się naprawdę ugruntowanym. Kamilla Kostrzewa w swojej książce „Życie bez korzeni” dzieli się z czytelnikami niezwykle osobistą, poruszającą historią drogi przez ból, samotność i zagubienie, aż po odkrycie prawdziwej siły i odwagę, by zacząć budować życie na nowo. W wywiadzie dla iKobiece.pl Kamilla opowiada o tym, co oznacza brak zakorzenienia, jak przez lata dojrzewała w niej potrzeba wypowiedzenia niewypowiedzianych emocji, a także o tym, jak pisanie stało się dla niej formą terapii i mostem do innych ludzi. To opowieść o czułości, wytrwałości i nadziei, która może stać się inspiracją dla wszystkich, którzy szukają swojego miejsca i chcą uwierzyć, że siła tkwi w nas, nawet gdy wydaje się, że wszystko jest stracone.

Karolina Dąbrowska: W książce opowiada Pani o trudnych momentach, ale też o sile. Kiedy po raz pierwszy poczuła Pani, że ma w sobie moc, by stanąć na nogi?

Kamilla Kostrzewa: Impulsem do napisania tej książki była potrzeba mojej duszy – nie decyzja, nie plan. To nie było coś, co sobie postanowiłam, to było coś, co dojrzewało we mnie przez lata, coś, co chciało się w końcu wydostać na światło dzienne. Nosiłam w sobie historie, emocje, milczenia i pytania, które nigdy nie zostały wypowiedziane. W pewnym momencie zaczęłam czuć, że jeśli ich nie opowiem, one mnie przygniotą.

„Życie bez korzeni” to nie tylko tytuł książki. To moje doświadczenie. To stan istnienia, który znałam zbyt dobrze – bycie obecną w świecie, a jednocześnie czucie się, jakby się nie należało nigdzie. Jakby człowiek był zawieszony między przeszłością a przyszłością, bez fundamentów, bez bezpiecznego miejsca, do którego może wracać – nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim emocjonalnie i duchowo.

Zawsze czułam, że czegoś mi brak. Nie umiałam tego nazwać. To nie było jedno wydarzenie, ale raczej cała seria małych ran – z dzieciństwa, z relacji, z niezrozumienia. A potem przyszedł moment, w którym wszystko we mnie zaczęło pękać. Nie dramatycznie, ale cicho, od środka. I wtedy właśnie, zamiast się rozpaść, sięgnęłam po słowa.

Pisanie tej książki było jak rozmowa z samą sobą, jak list do tej małej dziewczynki, którą kiedyś byłam. Chciałam jej powiedzieć: „Widzę cię. I choć nie miałaś korzeni, przetrwałaś.” Chciałam też stworzyć coś dla innych – dla kobiet i mężczyzn, którzy może nigdy nie powiedzieli na głos, jak bardzo boli ich brak zakorzenienia. Brak miłości. Brak pewności, że są wystarczający.

Każda strona tej książki była krokiem w stronę uzdrowienia – nie tylko mojego, ale, mam nadzieję, również tych, którzy ją przeczytają. Pisałam ją nie po to, by pokazać swoją siłę, ale swoją prawdę. I pokazać, że siła często rodzi się właśnie wtedy, kiedy pozwolimy sobie na słabość.

Impulsem nie była ambicja. Impulsem było serce. Potrzeba wypowiedzenia czegoś, co przez lata było niewidzialne, ale bardzo prawdziwe. I wiara, że kiedy mówimy o swoich ranach, nie tylko je odsłaniamy, ale też dajemy innym pozwolenie, by spojrzeli na swoje z czułością.

To pytanie porusza mnie do głębi, bo odpowiedź na nie nie jest prosta. Nie było jednej chwili, jednego gestu, w którym nagle poczułam się silna. Moja siła nie przyszła z dnia na dzień. Ona dojrzewała we mnie długo, powoli, cicho, w miejscach, gdzie nikt nie zaglądał. Czasem sądziłam, że jej nie mam, że jestem zbyt krucha, zbyt połamana, by się jeszcze podnieść.

Ale był taki moment, który z perspektywy czasu widzę jako początek tej zmiany. To było ponad 20 lat temu, kiedy zaczęłam poznawać rodzinę mojego drugiego męża. Ich obecność, ich ciepło, wzajemna troska i szacunek — to wszystko było dla mnie czymś nowym, nieznanym, ale jednocześnie poruszającym do głębi.

To nie był moment, w którym od razu poczułam, że mam w sobie siłę. Raczej zaczęła się wtedy rodzić cicha, nieśmiała myśl: a może i ja mogę? Może mogę powstać? Może mogę być silniejsza, niż myślałam? To był proces — bardzo delikatny, czasem bolesny, pełen wahań. Ale za każdym razem, kiedy upadałam — a było tych razy wiele — podnosiłam się trochę mocniejsza, trochę bardziej świadoma siebie i z coraz większą wiarą, że zasługuję na dobre życie.

Zrozumiałam wtedy, że moją największą siłą nie będzie to, że przeszłam przez ból, ale to, że go przyjęłam. Że spojrzałam mu w oczy i powiedziałam: „Jesteś częścią mnie, ale już mnie nie definiujesz.”

Ta moc, którą wtedy poczułam, była inna niż ta, której uczy świat. To nie była siła władzy czy niezależności. To była siła oparta na miłości — do siebie, do innych, do życia. To była odwaga, by zacząć budować na nowo.

Od tamtej chwili uczę się chodzić po nowemu. Nie zawsze pewnie, nie zawsze prosto, ale z coraz większym przekonaniem, że wszystko, czego potrzebuję, już mam w sobie. A korzenie, których tak długo szukałam, zaczynają powoli wyrastać — z mojego wnętrza i z relacji, które mnie wzmocniły.

KD: Czy pisanie było dla Pani formą terapii, czy raczej świadomym działaniem, by pomóc innym?

KK: Prawdę mówiąc… było jednym i drugim. Ale zaczęło się od potrzeby serca – bardzo osobistej, cichej, czasem bolesnej. Pisanie tej książki było dla mnie jak wewnętrzna podróż, jak powrót do miejsc, które tak długo omijałam. I choć nie miałam jeszcze wtedy planu, by komukolwiek pomagać, czułam, że muszę to zrobić – dla siebie.

Na początku to było jak otwieranie starych drzwi. Drzwi, za którymi były wspomnienia, emocje, obrazy – często poranione, zakurzone, ale wciąż żywe. I właśnie podczas pisania zaczęło się coś dziać. Zamiast uciekać od bólu, zaczęłam się z nim spotykać. Zamiast milczeć, pozwoliłam sobie mówić. I tak, z perspektywy czasu widzę, że była to forma terapii – bardzo głęboka, osobista. Pisząc, odzyskiwałam siebie kawałek po kawałku.

Ale w pewnym momencie coś się zmieniło. Zaczęłam rozumieć, że ta historia nie jest już tylko moja. Że moje doświadczenia, choć intymne, niosą w sobie coś uniwersalnego. Że być może ktoś, kto przeczyta moje słowa, poczuje ulgę. Poczuje się mniej samotny. I wtedy pojawiła się druga intencja – bardzo świadoma: „Jeśli to, co przeszłam, może komuś pomóc – to warto się odsłonić.”

To nie była łatwa decyzja, bo odsłanianie siebie w tak szczery sposób to zawsze ryzyko. Ale zaryzykowałam – z myślą o tych wszystkich ludziach, którzy nie mają jeszcze odwagi mówić o swoich ranach, o swoich „brakujących korzeniach”.

Więc tak – pisanie było terapią, ale też mostem. Mostem między mną a światem. Między moją historią a historiami innych. I jeśli chociaż jedna osoba po przeczytaniu tej książki poczuje, że też może powstać, że nie jest sama – to wszystko miało sens.

Dla mnie pisanie stało się formą uzdrawiania – zarówno siebie, jak i być może innych. I dzisiaj wierzę, że słowo ma moc. Że może rozjaśnić to, co ciemne. Że może przemienić ból w coś prawdziwego, pięknego i potrzebnego.

KD: Co chciałaby Pani, aby kobiety wyniosły z lektury tej książki?

KK: Chciałabym, żeby każda kobieta, która sięgnie po „Życie bez korzeni”, poczuła się… zauważona. Prawdziwie. Nie przez świat, nie przez społeczeństwo – ale przez samą siebie. Chciałabym, żeby ta książka była jak lustro – może trochę zarysowane, może nieidealne – ale pokazujące nie tylko ból, lecz także siłę, która się z niego rodzi.

Z całego serca pragnę, by kobiety po tej lekturze zrozumiały jedno: nie jesteśmy słabe, dlatego że upadamy. Jesteśmy silne, bo wstajemy mimo wszystko. I że nawet jeśli całe życie wmawiano nam, że jesteśmy „za bardzo” albo „za mało”, to prawda jest taka, że jesteśmy wystarczające. Już teraz. Takie, jakie jesteśmy.

Chciałabym, aby wyniosły z tej książki coś więcej niż tylko emocje. Żeby zobaczyły w niej drogę – nie gotowy przepis, ale ślad. Pokazanie, że nawet z chaosu można ułożyć sens. Że nawet po latach milczenia można się odezwać. Że historia – niezależnie od tego, jak trudna – nie musi być naszym końcem. Może stać się nowym początkiem.

Mam też cichą nadzieję, że ta książka obudzi w kobietach czułość do samej siebie. Że będą mniej surowe, mniej wymagające. Że pozwolą sobie płakać – ale też się śmiać. Że przestaną się wstydzić swojej przeszłości, swojego bólu, swoich potrzeb.

A najbardziej… chciałabym, żeby po przeczytaniu tej książki choć jedna kobieta powiedziała sobie:
„Skoro ona mogła – ja też mogę.”
I zrobiła pierwszy krok. Choćby niepewny. Choćby maleńki. Ale w stronę siebie. W stronę życia z korzeniami – nawet jeśli trzeba je sobie stworzyć od nowa.

KD: Prowadzi Pani konsultacje, na których można porozmawiać nie tylko o książce, ale też o sobie i swoich trudnościach. Jak wyglądają takie spotkania?

KK: Moje konsultacje to przede wszystkim szczera rozmowa i bezpieczna przestrzeń, w której można być sobą – bez masek, bez udawania, że wszystko gra. Nie jestem psychologiem ani terapeutką. Jestem kobietą, która przeszła swoją drogę przez ból, stratę, zagubienie – i z tego miejsca dziś słucham innych.

Te spotkania nie są formalne. To raczej chwila, w której można w końcu wypowiedzieć coś, co przez długi czas było tłumione. Często trafiają do mnie kobiety, które przez lata nie miały odwagi mówić o swoim bólu. Wstydziły się, bały się oceny. I dopiero kiedy słyszą: „Też przez to przeszłam. Jesteś ważna. Widzę Cię” – coś w nich się otwiera.

Najważniejsze dla mnie jest to, by naprawdę usłyszeć drugiego człowieka. Głęboko. Bez narzucania rad, bez poprawiania. Ale z obecnością. Czasami dopiero wtedy – kiedy ktoś nas naprawdę wysłucha – zaczynamy czuć ulgę. I właśnie to najczęściej słyszę po spotkaniu: „Dziękuję. Jest mi lżej.”

Czasem opowiadam, jak ja sobie radziłam – nie jako ekspert, ale jako ktoś, kto tam był. Kto upadł i wstał. Kto próbował, szukał, uczył się oddychać od nowa. I to, co daje mi największą siłę, to wiadomości, które dostaję:

„Dzięki tej książce odważyłam się opowiedzieć komuś swoją historię.”
„Zaczęłam spełniać marzenia, które zawsze odkładałam.”
„Poczułam, że nie jestem sama.”

Dla mnie to jest najpiękniejsze – że nie trzeba być terapeutą, by dać komuś nadzieję. Wystarczy być sobą – autentycznie, z sercem. I dać drugiej osobie to, czego tak długo mogło jej brakować: obecność, zrozumienie i wiarę, że też może odzyskać… swoje życie.

KD: Jakie tematy najczęściej poruszają osoby, które się do Pani zgłaszają? Czy są to głównie kobiety?

KK: Tak, najczęściej zgłaszają się do mnie kobiety. Choć każda z nas ma swoją historię, wiele z tych historii ma wspólne korzenie: niewypowiedziany ból, stłumione emocje, tęsknota za zrozumieniem.

Tematy, które najczęściej pojawiają się podczas naszych spotkań:

1. Traumy z dzieciństwa

Słowa, które bolały. Brak wsparcia, miłości, obecności. Zaniedbanie emocjonalne, które dziś odbija się brakiem pewności siebie i trudnościami w relacjach. Te rany długo pozostają ukryte — aż w końcu domagają się, by ktoś je zobaczył i uznał.

2. Traumy pokoleniowe

Ciężary, które nie są nasze — a które niesiemy. Przekonania przekazywane z pokolenia na pokolenie: że trzeba się poświęcać, wytrzymywać, milczeć. Kiedy pada zdanie: „To nie moja wina. Ja to tylko odziedziczyłam” — zaczyna się proces uwolnienia.

3. Rozstania i trudne relacje

Po rozwodach, zakończeniach, z sercem w kawałkach i poczuciem winy, że „nie dałam rady”. Te rozmowy towarzyszą w odbudowie – krok po kroku – aż kobieta mówi: „Zaczynam wierzyć, że mogę być szczęśliwa. Nawet inaczej, niż planowałam.”

4. Samotność, zagubienie, brak sensu

„Mam wszystko, a czuję pustkę.” „Nie mam już siły być silna.” Czasem nie trzeba diagnozy ani rozwiązania. Wystarczy obecność, czułość i przestrzeń, by poczuć: z tego miejsca też można ruszyć dalej.

Najczęściej słyszę po spotkaniu: „Nareszcie ktoś mnie wysłuchał.” Bez ocen, bez przymuszania, bez zawstydzania.

To nie są zwykłe rozmowy. To momenty ulgi. Prawdy. Oddechu. Dla mnie — zaszczyt, że mogę w nich towarzyszyć. Nie jako ekspert, ale jako człowiek. Z doświadczeniem. Z sercem. Z obecnością.

KD: Jaką rolę w tych spotkaniach odgrywa Pani własna historia – czy łatwiej dzięki niej nawiązać głębszy kontakt?

KK: Zdecydowanie tak. Moja własna historia, choć trudna, bolesna i niełatwa do opowiedzenia, jest fundamentem tego, co robię dziś. To właśnie dzięki niej nie słucham z pozycji kogoś „mądrzejszego” czy „lepiej poukładanego”. Słucham z pozycji człowieka, który sam zna smak upadków, zwątpień i walki o siebie.

Kiedy kobieta przychodzi i zaczyna opowiadać o swoim bólu, o przemocy, o samotności, o poczuciu bycia niewidzialną, ja nie muszę sobie tego „wyobrażać”. Ja to znam. Nie raz słyszę od rozmówczyń: „Wreszcie ktoś mnie rozumie bez słów”. I myślę, że to właśnie dlatego, że moja historia mówi: „Ja też tam byłam”.

To daje kobietom poczucie bezpieczeństwa i zaufania. Nie czują się oceniane, nie muszą się tłumaczyć, usprawiedliwiać. Widzą, że można przejść przez ciemność i odnaleźć sens. I nawet jeśli nie są jeszcze gotowe na zmianę, to zaczynają wierzyć, że zmiana jest możliwa.

Moja historia nie jest tematem tych spotkań, ale jest ich cichym tłem. To, co kiedyś było moim ciężarem, dziś staje się mostem między mną a drugą kobietą. I właśnie w tej autentyczności rodzi się prawdziwe spotkanie.

Co ważne, zauważam, że coraz więcej kobiet dojrzewa do tego, by sięgnąć po pomoc świadomie. Czasem w formie terapii, czasem hipnozy, czasem duchowej pracy z emocjami. To nie są już „tematy tabu”, to odważne decyzje, by zatroszczyć się o siebie, by uleczyć siebie jeszcze bardziej.

Bo gdy uzdrawia się jedna kobieta, uzdrawia się też cała jej przyszłość. I to jest piękne.

KD: Czy uważa Pani, że każda kobieta ma w sobie wewnętrzną siłę, nawet jeśli o niej zapomniała?

KK: Z całego serca tak. Każda kobieta nosi w sobie siłę. Czasem jest głęboko ukryta, przytłumiona przez lata bólu, braku wiary w siebie, cudzych słów, które mówiły: „nie dasz rady”, „nie jesteś wystarczająca”.
Ale ta siła nie znika. Ona czeka. Cicho. Aż przyjdzie moment, w którym kobieta usłyszy swój wewnętrzny głos — może bardzo cicho:
„Chcę inaczej.”
„Mam dość bólu.”
„Zasługuję na coś więcej.”

I to wystarczy, żeby coś w niej drgnęło.

Ta wewnętrzna siła nie zawsze objawia się krzykiem czy walką. Czasem to siła łagodności, wytrwałości, czułości do siebie. Siła, która mówi:
„Nawet jeśli upadnę, to się podniosę. Nawet jeśli płaczę, to idę dalej.”

Spotykam kobiety, które mówią, że są słabe, że nie wiedzą, jak żyć. A ja patrzę na nie i widzę: siłę przetrwania. Siłę matek, córek, sióstr, które codziennie, mimo bólu, wstają i próbują. Tylko czasem trzeba im o tej sile przypomnieć. Bo każda z nas ma w sobie światło. A nawet jeśli dziś go nie widać — ono wciąż tam jest.

KD: Jakie są Pani codzienne sposoby na odzyskiwanie równowagi i energii, gdy życie znów staje się trudne?

KK: Zaczynam od najprostszych rzeczy. Dla mnie to cisza, samotność i kontakt z tym, co prawdziwe. Czasem to manifestacja… Czasem spacer w naturze, bez telefonu, bez bodźców — tylko ja i oddech. Bo właśnie w tej prostocie odnajduję siłę.

Bardzo pomaga mi muzyka medytacyjna, delikatna i kojąca, która wycisza myśli. Lubię też po prostu słuchać szumu wody, śpiewu ptaków — dźwięków, które przywracają spokój i pomagają mi wrócić do siebie.

Latem najwięcej spokoju daje mi mój ogród i kwiaty. Kiedy mogę pobyć z roślinami, poczuć zapach ziemi, dotknąć liści — wtedy naprawdę odpoczywam. Natura uczy mnie cierpliwości, cykliczności i tego, że wszystko ma swój czas.

Mam też swoje rytuały: zapalenie świecy, otulenie się kocem, zapisanie kilku słów w zeszycie. To może wyglądać zwyczajnie, ale właśnie wtedy wracam do siebie.

Kiedy robi się naprawdę trudno, pozwalam sobie na słabość: na łzy, na bezsilność, na to, żeby przez chwilę nie musieć „być dzielną”. I to, paradoksalnie, daje mi jeszcze więcej siły.

Często przypominam sobie, że już tyle przeszłam, więc i to przetrwam. Mam też wokół siebie osoby, którym mogę szczerze powiedzieć: „Dziś nie daję rady.” I to wystarcza.

Nie mam jednej złotej metody, ale wiem, że gdy jestem blisko siebie, odzyskuję równowagę. A wtedy nawet trudne dni nie odbierają mi wiary, że światło znów wróci.

KD: Pracuje Pani nad kolejną książką – czy może Pani zdradzić, o czym będzie?

KK: Tak, piszę drugą książkę i będzie to zupełnie inna forma niż pierwsza. Tym razem to połączenie historii, refleksji i praktycznego poradnika. Chcę, żeby kobieta, która po nią sięgnie, nie tylko czytała, ale też działała: zatrzymywała się, pisała, zadawała sobie ważne pytania, zaczynała siebie słyszeć.

To będzie książka o budowaniu siebie od nowa, o odnajdywaniu wewnętrznej siły, godności, sensu krok po kroku. Znajdą się tam ćwiczenia, słowa wsparcia, osobiste doświadczenia — wszystko to, co może stać się drogowskazem dla kogoś, kto jest w procesie zmiany.

To książka, która, mam nadzieję, nie tylko dotknie serca, ale też da konkretne narzędzia. Bo wiem, jak trudno jest zacząć. Ale wiem też, jak bardzo warto.

KD: Gdyby mogła Pani przekazać jedno przesłanie wszystkim kobietom, które dziś czują się zagubione, co by to było?

KK: Powiedziałabym im z całego serca: Nie poddawaj się. Masz jedno życie i zasługujesz na to, by przeżyć je naprawdę – nie tylko przetrwać.

Wiem, że bywa ciężko, że czasem wszystko boli, że nie masz siły wstać, uwierzyć, zacząć od nowa. Ale proszę cię – nie rezygnuj z siebie. Walcz o siebie, dla siebie. A jeśli masz dzieci, wnuki – tym bardziej bądź. Nie tylko dla nich, ale z miłości do siebie, żeby móc się nimi cieszyć. Bo dzieci nie potrzebują perfekcyjnej matki czy babci – one potrzebują twojej obecności i spokoju.

I jeszcze jedno: warto pokazać swoim dzieciom i wnukom, że jesteś silna. Nie po to, żeby udawać twardość, ale po to, by przerwać schematy, które często ciągną się przez pokolenia. To, czego nie dały nam nasze matki i babki – my możemy zacząć dawać sobie. I dzięki temu pokazać młodszym, że można żyć inaczej: z odwagą, z wolnością, z prawdą. Ale wszystko zaczyna się od ciebie, od decyzji, że nie chcesz dłużej żyć w cieniu, od pierwszego kroku w stronę siebie.

Nie jesteś sama. Zasługujesz na życie, które naprawdę będzie twoje.


Wywiadu udzieliła: Kamilla Kostrzewa – Autorka książki „Życie bez korzeni”, która jest jej osobistym świadectwem pokonywania trudności i odnajdywania siły, by stawić czoła życiu z podniesioną głową. Zainspirowała ją jej własna droga – pełna wzlotów i upadków – do tego, by podzielić się swoją historią i pomóc innym, którzy borykają się z podobnymi trudnościami. Chce pokazać, że nawet w najcięższych chwilach, można znaleźć siłę, by iść do przodu.
W swojej książce opowiada o tym, jak ważne jest, by nie rezygnować, nawet kiedy życie zdaje się rzucać w naszą stronę same przeciwności. Jest przekonana, że każdy z nas ma w sobie moc, by zmienić swoje życie, nawet jeśli przeszłość nie była łatwa. Przez wiele lat prowadziła własny sklep i pracowała w handlu, co nauczyło ją wytrwałości i cierpliwości. Te doświadczenia są dla nie fundamentem w dążeniu do realizacji marzeń. Obecnie pracuje nad kolejną książką, która, ma nadzieję, również będzie pełna inspiracji i pozytywnej energii, którą chciałaby przekazać innym.
Więcej informacji o działaniach Kamilli znajdziesz na TUTAJ.
Kup książkę TUTAJ.

iKobiece.pl
Author: iKobiece.pl