Wypalenie nie zawsze jest końcem – czasem to początek czegoś prawdziwego – Wywiad z Dorotą Tyszkiewicz

Wypalenie zawodowe dotyka dziś coraz więcej osób — zwłaszcza tych ambitnych, zaangażowanych i odpowiedzialnych. Dorota Tyszkiewicz, przez lata adwokatka, dziś coach i behawiorystka psów, opowiada o tym, jak kryzys zawodowy może stać się początkiem życiowej transformacji. Zamiast końca kariery — nowa ścieżka. Zamiast utraty sensu — odzyskanie siebie.

Redakcja: Wypalenie zawodowe stało się dziś niemal codziennością. Jak Pani rozumie to zjawisko — czy to bardziej kryzys, czy raczej sygnał, że coś w naszym życiu domaga się zmiany?

Dorota Tyszkiewicz: Dla mnie wypalenie nie było awarią, którą trzeba przeczekać. To był bardzo głośny komunikat od życia: „to, co robisz, przestało być Twoje”. To moment, w którym emocje, ciało i rozsądek mówią jednym głosem: „to już nie działa”. Wypalenie przyszło wtedy, kiedy moje najmocniejsze naturalne predyspozycje — działanie, odpowiedzialność, empatia, strategia, uważność, maksymalizm — zaczęły się przepalać. Przez lata były moją siłą, niosły mnie, często ratowały sytuacje, dawały przewagę w pracy adwokata: skuteczność, najlepsze wyniki. Każde paliwo się kończy, jeśli jest nadużywane. Wypalenie jest tym boleśniejsze, im dłużej próbujemy udawać, że go nie ma. Tak naprawdę często prowadzi tam, gdzie powinniśmy być już dawno. Nie wywróciło mojego świata. Przywróciło go na właściwe miejsce.

Często mówi się, że wypalenie to cena za ambicję. Czy rzeczywiście dotyczy głównie osób, które „za bardzo chcą”?

Zdecydowanie tak — ale nie chodzi o ambicję samą w sobie, tylko o to, jak bardzo ktoś próbuje spełnić oczekiwania innych i jak bardzo bierze odpowiedzialność za wszystko i wszystkich. Ludzie, którzy się wypalają, to często odpowiedzialni perfekcjoniści, empatyczni, stojący na straży tego, „żeby wszystko było dobrze”. Wypalają się ci, którzy chcą dobrze, którzy chcą pomóc, którzy widzą za dużo, czują za mocno i działają za długo ponad siły — nie potrafią odpuścić, bo nie chcą nikogo zawieść. Paradoksalnie u nich wypalenie nie wynika z braku siły — wręcz przeciwnie. Wynika z tego, że te siły są nadużywane. To właśnie cena, jaką płacą osoby „które za bardzo chcą”. W moim dawnym świecie adwokackim, ale i w każdym wysoko eksperckim, to szczególnie widoczne. Można być świetnym adwokatem, ale jeśli nie ma się postawionych własnych granic wejścia sprawy klienta do swojej przestrzeni, wypalenie prędzej czy później przyjdzie. Bardzo chciałam „dać radę”, być skuteczna, odpowiedzialna, pomocna — taki „problem solver”. Odnosiłam sukcesy, a jednocześnie przekraczałam siebie każdego dnia. W końcu organizm powiedział: „stop”.

Jak wygląda moment, w którym człowiek zaczyna podejrzewać, że to już nie chwilowe zmęczenie, ale coś głębszego?

U mnie to był moment, gdy odpoczynek przestał działać. Można przespać weekend, wyjechać na urlop, a i tak wraca się zmęczoną tak samo — albo bardziej. Drugim sygnałem było to, że zaczęłam tracić radość z rzeczy, które kiedyś mnie cieszyły, dawały frajdę. Telefon od klienta wywoływał napięcie — nawet kiedy nic złego się nie działo. Każde „Pani Mecenas, mam problem…” powodowało ścisk w brzuchu i ramionach. Ciało zaczęło reagować szybciej niż głowa i buntować się przeciwko przejmowaniu na siebie cudzego problemu. To nie było lenistwo. To było poczucie, że robię coś wbrew sobie i już nie mam czym tego zasilać. W pewnym momencie zrozumiałam, że to nie ja się kończę, tylko kończy się pewna moja droga.

Czy wypalenie może stać się początkiem transformacji — nie końcem kariery, lecz punktem zwrotnym, który prowadzi do czegoś nowego?

Może, a czasem wręcz jest. Niektóre drogi kończą się właśnie po to, byśmy nie weszły w nie jeszcze głębiej. Wypalenie w moim doświadczeniu było pozytywne (mam od dziecka „syndrom Polyanny”) — po prostu odcinało dopływ energii do tego, co stało się niezgodne ze mną, i zadawało pytanie: „to czego ja właściwie chcę?”. Nie zniszczyło mojej kariery, wręcz przeciwnie — otworzyło zupełnie nową ścieżkę: coaching, pracę z ludźmi, z emocjami, a także mocniej i zawodowo ze zwierzętami. Nie porzuciłam prawa. Nadal je uwielbiam, tylko zmieniłam jego formę. Dziś nie prowadzę spraw za klienta, choć potrafię skutecznie doradzić. Pomagam ludziom w tym, co jest fundamentem każdej sprawy: w podjęciu dobrej decyzji. Łączę prawo, strategię, psychologię i coaching — z miejscem na prawdę i potrzebę klienta. Wypalenie bywa początkiem… o ile nie próbujemy kurczowo wracać do tego, co nas uwierało, ani nie odrzucamy przeszłego doświadczenia jako czegoś złego. Warto znaleźć w nim elementy, które mogą nas dalej wspierać. Zrozumiałam, że mogę pracować inaczej — czyli jeszcze lepiej.

W Pani przypadku zmiana zawodowa była radykalna — od pracy z ludźmi do pracy także ze zwierzętami. Co daje taka zmiana perspektywy?

Świat psów ratował mnie od zawsze, zanim sama zrozumiałam, że potrzebuję ratunku. Był w moim życiu znacznie wcześniej niż wypalenie. To była pierwsza przestrzeń, w której mogłam odpocząć od emocji ludzi, hałasu problemów, ciężaru odpowiedzialności i słów, które muszą być właściwe. Od ponad 30 lat mam owczarki niemieckie długowłose. Mówiło się o mnie „psia mama”, bo rozumiałam psy instynktownie. Uczyły mnie spokoju, ciszy i uważności na długo przed tym, zanim zaczęłam świadomie pracować z emocjami. Naturalne było więc to, że z ciekawości i potrzeby lepszego rozumienia skończyłam podyplomowo behawiorystykę, zoopsychologię, a później otworzyłam kameralny psi hotel Psitulaniec w Nowym Warpnie i zdecydowałam się na realizację marzenia — hodowlę owczarków niemieckich von Imperio Duo. Kontakt ze zwierzętami był moim pierwszym miejscem ulgi, naturalnym uspokajaczem. To nie jest „inny świat”. To ten sam świat — tylko prawdziwszy. Daje ulgę. Przy psach można milczeć i być słyszaną. Widzi się emocje, zanim pojawią się słowa. Psy nie oceniają, nie kłamią, nie manipulują. Czują — i uczą czuć. Ta uważność i czytanie emocji przeniosło się do mojej pracy z ludźmi. Dziś w coachingu widzę sedno wcześniej, niż klient potrafi je nazwać.

Często słyszymy, że po pięćdziesiątce trudno „zaczynać od nowa”. Jak Pani to postrzega — czy wiek naprawdę coś tu ogranicza, czy raczej daje większą odwagę i dystans?

Taki wiek to absolutna przewaga. Po pięćdziesiątce wiem, co jest moje, a co jest oczekiwaniem świata. Wiem, na co nie pozwolę, za czym nie pobiegnę. Mam odwagę powiedzieć „nie”. I wreszcie mam odwagę powiedzieć „tak” sobie. Mam dystans, którego nie miałam wcześniej. Wiem, że szkoda czasu na życie, które nie jest moje. Wiem, kim jestem — i kim nie chcę już być. To moment, w którym nie buduje się siebie od zera, tylko… odzyskuje. Dojrzałość daje spokój, a spokój daje siłę. Zmiana po pięćdziesiątce jest nie tylko możliwa, ale może być imponująca — mądrzejsza, prawdziwsza, bardziej świadoma. To przewaga, nie przeszkoda.

Co jest najtrudniejsze w procesie zmiany — decyzja, działanie, czy może pogodzenie się z tym, że wcześniejsza ścieżka już się wypaliła?

Najtrudniejsze jest przyznać, że dotychczasowa droga się skończyła. To czasem boli bardziej niż samo wypalenie. Pogodzić się z tym, że to, co robiłam przez ponad dwadzieścia lat, a licząc studia i aplikację — ponad trzydzieści, już mnie nie niesie, to było trochę jak żałoba. Adwokatura nie była dla mnie tylko zawodem. To była tożsamość, wielkie marzenie i przez wiele lat spełnienie. Była moją przestrzenią działania, odpowiedzialności, empatii i walki o człowieka. Zrozumiałam jednak, że tę samą moc mogę wykorzystać w inny sposób. Decyzja przyszła później, działanie jeszcze później. Najpierw trzeba było przyznać przed sobą, że ta droga się skończyła, i pozwolić sobie na nową. Pogodzenie się z tym zajęło najwięcej czasu. Kiedy to przyszło — przyszła też przestrzeń na nową jakość.

Wypalenie zawodowe ma też wymiar emocjonalny i fizyczny. Jak możemy lepiej dbać o siebie, zanim do niego dojdzie?

Trzeba mieć własne granice i ich przestrzegać — nie odpuszczając dla dobra kogoś, ale z troską o dobro własne. Trzeba nauczyć się odpoczywać wcześniej, niż wtedy, gdy ciało się poddaje i zdrowie wymaga dużego wsparcia. Warto mieć w życiu coś, co istnieje poza pracą — coś „tylko dla mnie”: spacery, przyrodę, psa, ciszę, muzykę, książkę, pasję, rytuały. Trzeba też regularnie pytać siebie, czy to, co robię, daje mi spełnienie i radość.

Praca ze zwierzętami wymaga dużej uważności i empatii. Czy kontakt ze zwierzętami pomaga też lepiej rozumieć ludzi — i siebie samą?

Tak, zdecydowanie. Zwierzęta uczą patrzeć na emocje bez narracji, bez słów, bez masek. Uczą dostrzegać energię, napięcie, intencję, komunikację. Przy psach widzę wszystko: lęk, złość, dyskomfort, ciekawość, otwartość, ostrożność, dystans. U ludzi bywa trudniej, bo mają maski, zasłaniają swoje prawdy. Praca ze zwierzętami sprawiła, że w coachingu szybciej widzę, gdzie jest prawda klienta, a gdzie jego opowieść o sobie. Widzę sedno, nie kreację. Potrafię rozpoznać lęk i mechanizm obronny. Przy psach nauczyłam się pokory i tego, że każde zachowanie ma przyczynę. Trzeba ją znaleźć i naprawić źródło, a nie tylko zaleczać objawy. Siebie samą też zaczęłam widzieć wyraźniej.

Jak zmieniło się Pani rozumienie sukcesu na przestrzeni lat? Czy dziś definiuje go Pani inaczej niż wtedy, gdy zaczynała karierę?

Kiedyś sukces mierzyłam wynikiem, wygraną sprawą, statusem, kolejnym projektem. Odnosiłam sukcesy, ale przestały mnie cieszyć. Dziś mój sukces to spokój, zgodność ze sobą, wolność wyboru. To poczucie, że robię dobre rzeczy, pomagam ludziom w życiu własnym i w życiu z psami, poprawiam jakość życia indywidualnego i wspólnego. Sukces to przekonanie, gdy rano wstaję, że robię coś, co mnie nie niszczy, że żyję w zgodzie ze sobą, a nie z oczekiwaniami innych. Sukcesem jest dla mnie równowaga — i odwaga, by zatrzymać się, kiedy czuję, że coś nie jest moje.

Co by Pani powiedziała osobom, które czują, że „utknęły” w swoim zawodzie, ale boją się zmiany — bo wydaje się za późno, za trudno, zbyt ryzykownie?

Nie każdą niewygodę musisz znosić do końca życia. Nie każda zmiana to rewolucja. Zmiana nie dzieje się od razu. Czasem zaczyna się od jednego pytania, małego kroku, szczerej rozmowy. Nie trzeba od razu rzucać wszystkiego. Wystarczy sprawdzić, w jakim kierunku ciało oddycha swobodniej. Nigdy nie jest za późno. Za późno może być tylko wtedy, gdy przestajemy chcieć słyszeć siebie i gdy z siebie rezygnujemy.

Jak dziś wygląda Pani codzienność po drugiej stronie tej zmiany — czy to już spokój, czy nadal droga w poszukiwaniu równowagi?

To mój happy end — ale taki, w którym historia trwa dalej i dalej się tworzy. Moje naturalne predyspozycje — działanie, empatia, strategia, odpowiedzialność, uważność, maksymalizm — nigdy nie „śpią” i nie pozwolą na stagnację. Jestem z nich zbudowana. One mnie definiują osobno i razem. Usunięcie któregokolwiek byłoby ograbieniem mnie z części mnie. Dziś działają dla mnie — a nie przeciwko mnie. Działam już nie z napięcia, lecz z mądrości. Nie z poczucia obowiązku, ale z wyboru. Prowadzę ludzi do dobrej zmiany i pomagam odnaleźć balans wspólnego życia człowieka i psa. Tworzę swoją przestrzeń pod marką Krok to zmiana. Buduję ją tak, jak żyję: bez rewolucji, ale skutecznie. Wykorzystuję to, co najlepsze z mojego adwokackiego doświadczenia. Mam naturalną zdolność widzenia rdzenia problemu, nawet gdy klient widzi tylko chaos. Rozkładam sytuację na czynniki pierwsze i składam ją tak, by stała się drogą wyjścia. Łączę twardą analizę, doświadczenie prawne, wiedzę biznesową i psychologiczną z empatią i uważnością. Jestem jak tygrysica — uważna, opiekuńcza, ale skuteczna i stanowcza tam, gdzie trzeba. Prowadzę klientów tak, jak tego potrzebują: czasem łagodnie, czasem twardo, zawsze w kierunku ich własnej prawdy. To nie koniec drogi. To najlepszy etap mojego życia. I początek kolejnych kroków.


Wywiadu udzieliła: Dorota Tyszkiewicz – coach, zoopsycholog i behawiorystka, a także założycielka kameralnego psiego hotelu Psitulaniec w Nowym Warpnie oraz hodowli owczarków niemieckich von Imperio Duo. Łączy doświadczenie adwokackie, psychologiczną wrażliwość i pracę ze zwierzętami w spójną filozofię życia i rozwoju — „Krok to zmiana”. Przez wiele lat była adwokatką, specjalistką od trudnych spraw i skutecznych strategii. Po latach intensywnej pracy i sukcesów zawodowych doświadczyła wypalenia, które stało się dla niej nie końcem kariery, lecz początkiem nowej drogi. Dziś pomaga innym odnaleźć równowagę, zrozumieć emocje i podjąć decyzje zgodne z własną prawdą. W pracy coachingowej łączy prawo, psychologię, strategię i uważność, tworząc bezpieczną przestrzeń do transformacji.
Więcej informacji o działaniach Doroty znajdziesz na Facebooku.

iKobiece.pl
Author: iKobiece.pl