Jesteś silna, wszystko ogarniasz, ale nie masz już siły? O ukrytym koszcie życia w trybie „dam radę” – Wywiad z Kasią Biernacką
Można być silną, skuteczną i świetnie radzić sobie z codziennością, a jednocześnie coraz bardziej tracić energię. Życie w trybie „dam radę” często nie wygląda jak kryzys. To raczej ciągłe działanie, przewidywanie, pamiętanie o wszystkim i branie odpowiedzialności za innych. O tym, dlaczego nawet bardzo dobrze funkcjonujące kobiety mogą być przeciążone, skąd naprawdę ucieka nasza energia i dlaczego samo „odpocznij” nie zawsze wystarcza, rozmawiamy z Kasią Biernacką, psycholożką i Leadership Transformation Coach.
Redakcja: „Ona zawsze sobie poradzi” – dla wielu kobiet to brzmi jak komplement. Pani pokazuje jednak, że za tą pozornie pozytywną etykietą może kryć się ogromny koszt. Co tak naprawdę może oznaczać życie w trybie „dam radę”?
Kasia Biernacka: Sama przez wiele lat byłam dumna z tego, że „zawsze sobie poradzę”. I nadal uważam, że siła, samodzielność czy odporność są ogromnymi zasobami. Nadal traktuję to jako komplement. Problem zaczyna się wtedy, kiedy z „potrafię sobie poradzić” robi się „nie mam innej opcji niż poradzić sobie ze wszystkim”. Bo wtedy bardzo łatwo przestać zauważać, ile właściwie niesiemy.
Kobieta w trybie „dam radę” często nie wygląda na przeciążoną. Wręcz przeciwnie. Pracuje, wychowuje dzieci, organizuje wakacje, pamięta o urodzinach, odpisuje na maile, rozwiązuje problemy. Jak coś się sypie, to ona to łapie. Jak jest ciężko, to wytrzyma. I właśnie dlatego otoczenie często nie widzi problemu. Z czasem ona sama też przestaje go dostrzegać.
Nie pyta już: „Czy ja mam na to przestrzeń?”, tylko: „Jak ja to zmieszczę?”. I moim zdaniem właśnie tutaj zaczyna się koszt bycia tą, która zawsze daje radę.
Nie ma katastrofy, wszystko działa. Ale kiedy w końcu przestaje, pierwsza myśl nie brzmi: „Za długo jadę na rezerwie”. Brzmi: „Co się ze mną dzieje? Przecież ja zawsze dawałam radę?”.
Przez lata sama była Pani kobietą, która świetnie funkcjonowała pod presją: odpowiedzialna praca, dzieci, życie między krajami i językami. Kiedy po raz pierwszy pojawiła się myśl: „Dlaczego jestem tak zmęczona, skoro wszystko jest dobrze”?
U mnie bardzo dużo zobaczyłam dopiero po wyjściu z toksycznego związku. To była moja historia, ale właśnie ona otworzyła mi oczy.
Pamiętam rozmowę z moją psycholożką. Byłam wtedy potwornie wyczerpana, a ona powiedziała: „Musisz zacząć szukać rzeczy, które dają Ci energię. Nawet bardzo prostych. Na przykład śpiewania w samochodzie przy radiu”. Pomyślałam: „Boże… ja nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam ochotę śpiewać w samochodzie”.
A przecież żyłam tak, jak sobie wymarzyłam. Budowałam karierę, pracowałam na odpowiedzialnych stanowiskach, miałam dzieci, podróże, międzynarodowe życie i ludzi, których lubiłam. Tylko gdzieś po drodze straciłam kontakt z najprostszą, spontaniczną radością. Nie chodziło o sukces czy satysfakcję z pracy, ale o zwykłą lekkość: włączyć głośniej muzykę, zatańczyć w kuchni, śmiać się, zrobić coś bez powodu.
I chyba właśnie to jest najbardziej podstępne. Do własnego zmęczenia też się przyzwyczajamy. Ono narasta powoli, aż zaczynamy brać je za normalność.
Dopiero kiedy się wyprowadziłam, zobaczyłam wyraźne „przed” i „po”. Obowiązki nie zniknęły, a mimo to miałam więcej energii, radości, więcej siebie. I pamiętam tę myśl: „Jezu… czyli można czuć się zupełnie inaczej”.
Czy można być jednocześnie bardzo skuteczną, odnosić sukcesy i być poważnie przeciążoną? Dlaczego osiągnięcia tak często utrudniają nam zauważenie, że coś zaczyna być nie w porządku?
Absolutnie. Sama jestem ambitna, lubię osiągać i się rozwijać. Nie mam żadnej potrzeby leczenia kobiet z ambicji. Wręcz przeciwnie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy wynik staje się dowodem, że wszystko jest w porządku. Dowiozłam projekt, dzieci funkcjonują, firma działa, więc przecież wszystko jest OK.
Mamy też mylący stereotyp, że przeciążona osoba przestaje sobie radzić. Tymczasem można być naprawdę wyczerpaną i nadal świetnie działać. Możesz poprowadzić spotkanie, dowieźć prezentację, odebrać dzieci, kupić prezent na urodziny koleżanki córki i jeszcze wieczorem odpisać: „Jasne, zajmę się tym”.
I właśnie dlatego tak łatwo to przeoczyć. Każda kolejna rzecz, z którą sobie poradziłaś, staje się argumentem przeciwko temu, że jesteś przeciążona. „Skoro daję radę, to chyba wszystko jest OK”. A to dwie różne rzeczy. To, że nadal funkcjonujesz, nie mówi, ile Cię to kosztuje. To trochę jak z samochodem: jedzie, ale jeśli od miesiąca świecą się kontrolki, warto sprawdzić, co się dzieje.
Jest jeszcze jedna rzecz. Nasze osiągnięcia bardzo szybko stają się naszym nowym standardem. To, co kiedyś było ogromnym sukcesem, po czasie wydaje się czymś, co po prostu powinnam umieć. Poprzeczka przesuwa się coraz wyżej, a my zaczynamy myśleć: „Inne kobiety też ogarniają, więc może tak wygląda życie”.
Dlatego warto czasem zatrzymać się przy prostym pytaniu: co czuję, kiedy kończę coś dużego? Satysfakcję czy tylko: „uff, z głowy”, a chwilę później: „Dobra, co następne?”. Bo jeśli sukces staje się tylko kolejnym poziomem, który mam obowiązek utrzymać, mogę osiągać coraz więcej, a jednocześnie coraz mniej z tego mieć.
To, że nadal funkcjonujesz, mówi o Twojej zdolności do mobilizacji. Wynik mówi mi, że dałam radę coś zrobić. Nie mówi, ile mnie to kosztowało ani jak długo mogę funkcjonować dokładnie w taki sam sposób. I właśnie to jest podstępne: rachunek może rosnąć długo, zanim przestaniesz dawać radę. To trochę jak ocenianie samochodu po tym, że jedzie. Jedzie. Ale jeśli od miesiąca świecą się kontrolki, to, że nadal jedzie, nie jest szczególnie dobrym argumentem, żeby ich nie sprawdzać.

Mówi Pani o tym, że największym „złodziejem energii” często nie są zadania, które mamy zapisane w kalendarzu. Co najbardziej obciąża kobiecy umysł, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać?
Kalendarz pokazuje to, co widać. Nie pokazuje całego back office’u życia. Weźmy kolację. Ktoś może powiedzieć: „Przecież ugotowanie zajęło dwadzieścia minut”. Tylko wcześniej ktoś zauważył, że lodówka jest pusta, pamiętał, czego dzieci nie zjedzą, zaplanował zakupy i wiedział, kto wraca o której.
I właśnie na tym polega mental load. Nie obciąża nas tylko robienie, ale też pamiętanie, przewidywanie, planowanie i pilnowanie. U jednej kobiety będzie to logistyka rodziny, u innej projekt, finanse, rodzice czy decyzje zawodowe.
Nie chodzi o to, ile rzeczy robisz, ale ile z nich Twoja głowa cały czas ma „na radarze”. Możesz analizować poranną rozmowę, zastanawiać się, czy ktoś się na Ciebie obraził, przewidywać problemy albo pamiętać za wszystkich. To trochę jak aplikacje działające w tle telefonu. Nie patrzysz na nie, ale nadal zajmują zasoby.
Dlatego problemem nie zawsze jest to, że robisz za dużo. Czasami problemem jest to, że nigdy nie masz wolnej głowy.
Pomaga mi proste ćwiczenie, które nazywam „myślowym śmietnikiem”. Przez dwie minuty zapisujesz wszystko, co masz w głowie: zadania, obawy, sprawy do załatwienia. Nie rozwiązujesz ich, tylko wyrzucasz na papier. Często dopiero wtedy widzisz, ile rzeczy było cały dzień „w tle”.
Nie używaj swojej głowy jako miejsca do przechowywania całego swojego życia.
Jaką rolę odgrywa w tym ciągłe przewidywanie, pamiętanie o wszystkim za innych, kontrolowanie sytuacji czy przejmowanie odpowiedzialności za emocje bliskich? Dlaczego tak trudno z tego wyjść kobiecie, która przez lata była właśnie za to doceniana?
Ogromną. I dlatego nie lubię sprowadzać tego do prostego „to przestań”. Te zachowania przez lata dobrze nam służyły. Z czasem zaczynamy jednak utożsamiać je z tym, kim jesteśmy: „Pamiętam o wszystkim, więc jestem dobrą matką”. „Można na mnie liczyć, więc jestem odpowiedzialna”. „Wyczuwam potrzeby innych, więc jestem empatyczna”.
W końcu nie myślimy: „Za dużo biorę na siebie”, tylko: „Ja taka jestem”. Dlatego odpuszczanie może budzić lęk, że stajemy się mniej dobre, mniej zaangażowane czy mniej potrzebne.
A przecież „nie pomogłam tym razem” nie oznacza „nie jestem pomocna”. „Nie dopilnowałam” nie oznacza „jestem złą matką”. Trzeba nauczyć się oddzielać pojedyncze zachowanie od tego, kim jesteśmy.
Sama nadal mam takie momenty. Widzę problem i od razu myślę: „Dobra, zajmę się tym”. Dopiero po chwili pytam siebie: „Zaraz. Dlaczego właściwie ja?”. Ta sekunda jest bardzo ważna.
Nie chodzi o to, żeby przestać być odpowiedzialną, pomocną czy empatyczną. Chodzi o to, żeby nie musieć bez przerwy tego udowadniać. Mogę nadal pomagać, organizować i dowozić. Tylko nie muszę robić tego cały czas, żeby dobrze myśleć o sobie.
Wiele kobiet słyszy: „Musisz odpocząć”, „odpuść”, „znajdź czas dla siebie”. Dlaczego te rady często nie przynoszą oczekiwanej poprawy, a czasem mogą wręcz powodować dodatkową frustrację?
Bo „musisz odpocząć” potrafi się bardzo szybko zamienić w jeszcze jedno zadanie. Masz już listę rzeczy, które powinnaś robić lepiej, a teraz jeszcze powinnaś lepiej odpoczywać. Siadasz, po dwudziestu minutach myślisz: „Mogłabym w tym czasie zrobić coś sensownego”, a do listy dochodzi kolejny problem: poczucie winy i frustracja.
Druga rzecz: odpoczynek uzupełnia zasoby, ale jeśli po nim wracam dokładnie do tego samego sposobu tracenia energii, za chwilę znowu będę potrzebowała kolejnego ładowania. Można pojechać na wakacje i nadal mentalnie zarządzać całą rodziną. Ciało odpoczywa, ale głowa nie.
Dlatego „odpuść” jest dla mnie prawie bezużyteczną radą. Co konkretnie? Ambicję? Dzieci? Pracę? Znajdźmy jedną rzecz, którą robisz automatycznie i być może wcale nie musisz robić jej właśnie w ten sposób.
Nie sprawdzać trzeci raz czegoś, co po pierwszym było wystarczająco dobre. Pozwolić komuś być w złym humorze bez natychmiastowego poprawiania atmosfery i przejmowania odpowiedzialności za czyjeś emocje.
Dlatego dla mnie ciekawsze od pytania „Jak więcej odpoczywać?” jest pytanie: „Co sprawia, że mój system właściwie nigdy nie przestaje pracować?” Bo dopiero wtedy możemy coś naprawdę zmienić.

W swojej pracy odwołuje się Pani m.in. do psychologii i neuronauki. Co dzieje się z mózgiem i układem nerwowym kobiety, która przez lata bardzo dobrze funkcjonuje w warunkach presji? Czy organizm może „przyzwyczaić się” do życia na wysokich obrotach?
Tak. Organizm i mózg świetnie dostosowują się do tego, czego regularnie od nich wymagamy. Jeśli przez lata ćwiczysz: mobilizuj się, przewiduj, rozwiązuj, nie zatrzymuj się, stajesz się w tym naprawdę dobra. Kryzys? Pełne skupienie. Sześć deadline’ów? Działasz jak maszyna. Problem? Już jesteś trzy kroki do przodu.
Mózg jest trochę jak asystent, który uczy się Twojego życia. Jeśli przez lata masz dużo odpowiedzialności, szybkich decyzji i problemów do rozwiązania, zaczyna przewidywać, że za chwilę znowu coś będzie trzeba zrobić.
To świetne, kiedy naprawdę trzeba działać. Ale potem przychodzi sobota. Nic się nie dzieje, a Twój świetnie wytrenowany asystent nadal szuka kolejnego zadania. Sprawdzasz mail, planujesz wakacje, przypominasz sobie o butach dzieci albo po prostu znajdujesz coś do przeanalizowania.
Dlatego warto zapytać: czy ja naprawdę chcę teraz coś zrobić, czy moja głowa po prostu nauczyła się, że zawsze jest coś następnego? Jeśli przez lata ćwiczymy głównie mobilizację, nie możemy oczekiwać, że mózg sam przestawi się na spokój. Czasem zatrzymywania naprawdę trzeba się na nowo nauczyć.
Jak rozpoznać moment, w którym „jestem silna i dam sobie radę” zaczyna zmieniać się w „jestem wyczerpana, ale nadal funkcjonuję”? Jakie sygnały kobiety najczęściej ignorują?
Zaczęłabym od jednego pytania: jak często negocjujesz z własnym ciałem? „Jeszcze tylko ten mail”. Jesteś głodna, ale „najpierw skończę”. Potrzebujesz przerwy, ale „za chwilę”. Boli Cię głowa, ale „dociągnę do wieczora”.
Problem nie polega na tym, że ciało nie wysyła sygnałów. Być może po prostu stałaś się świetna w ich ignorowaniu. A przekraczanie dyskomfortu jest czasem potrzebne, ale jeśli robimy to bez przerwy, przestaje być wyborem.
Dlatego ważnym sygnałem jest to, że potrzebujesz coraz mocniejszego impulsu, żeby zareagować. Kiedyś napięcie oznaczało: „zrób przerwę”. Dziś zatrzymuje Cię dopiero ból głowy.
Można zrobić prosty eksperyment. Trzy razy dziennie zatrzymaj się i zapytaj: „Co moje ciało mówiło mi przez ostatnią godzinę, a ja odpowiedziałam: później?”
Przeciążenie rzadko zaczyna się od wielkiego kryzysu. Częściej pojawia się coraz mniej cierpliwości, większa drażliwość, trudność z podejmowaniem prostych decyzji czy niechęć do spotkań z ludźmi. Weekend przestaje wystarczać na regenerację, a wolny czas zamiast przyjemności przynosi tylko potrzebę, żeby nikt niczego od nas nie chciał.
To są sygnały, na które warto zwrócić uwagę, zanim ciało zmusi nas do zatrzymania.
Wspomina Pani o różnych mechanizmach, przez które tracimy energię: nadodpowiedzialności, analizowaniu, przejmowaniu emocji innych czy potrzebie bycia wystarczającą. Czy można nauczyć się rozpoznawać własny sposób „uciekania energii”?
Tak. Pierwszy krok to przestać traktować „jestem zmęczona” jak jedną rzecz. Cztery kobiety mogą powiedzieć to samo, ale każda może być wykończona z innego powodu.
Jedna wieczorem siada, ale jej głowa nadal pracuje. Wraca do rozmów, planuje kolejny dzień, analizuje decyzje. To obciążenie umysłowe. Druga podczas spotkania wyczuwa napięcie, łagodzi atmosferę, dopasowuje się i przejmuje emocje innych. Wychodzi ze spotkania, jakby pracowała pół dnia. To obciążenie emocjonalne.
Trzecia odnosi sukces, ale zamiast się nim cieszyć, myśli: „Teraz muszę udowodnić, że na niego zasłużyłam”. Zaczyna porównywać się z innymi i zastanawiać, czy jest wystarczająco dobra. To obciążenie związane z potrzebą osiągania i potwierdzania własnej wartości.
Czwarta od rana nie jadła, gorzej śpi, boli ją głowa, ma spięte ramiona, ale mówi: „Zjem później, w weekend odeśpię”. To obciążenie fizyczne. Ciało mówi, a my odkładamy jego sygnały na później.
Te obciążenia mogą się oczywiście mieszać, ale zwykle jeden lub dwa obszary kosztują nas najwięcej. I właśnie o to chodzi: nie o kolejną listę rzeczy, które są z nami „nie tak”, tylko o znalezienie miejsca, w którym tracimy najwięcej energii.
Bo jeśli wiem, gdzie jest mój największy drenaż, nie muszę próbować naprawiać wszystkiego naraz. Wiem, od czego zacząć.
Stworzyła Pani Energy Drain Diagnostic™, który pozwala zidentyfikować mechanizm odpowiedzialny za największe straty energii. Co daje kobiecie taka diagnoza, czego nie daje samo przeczytanie kolejnego artykułu o odpoczynku czy work-life balance?
Przede wszystkim przestaje strzelać na oślep. Większość kobiet wie, że sen, odpoczynek, ruch czy granice są ważne. Problem pojawia się wtedy, gdy myślą: „Przecież wiem, co powinnam robić. Dlaczego to nie działa?”.
Samo „jestem zmęczona” niewiele jeszcze mówi. Dwie kobiety mogą być wyczerpane, ale z zupełnie różnych powodów. Jedna bez końca analizuje, druga pod presją jeszcze bardziej przyspiesza, trzecia przejmuje emocje innych, a czwarta automatycznie bierze na siebie odpowiedzialność.
I właśnie temu służy Energy Drain Diagnostic™. Pomaga zobaczyć nie tylko gdzie tracę energię, ale co regularnie ten koszt produkuje. Bo mogę mieć wolny wieczór, ale jeśli przez trzy godziny analizuję, nie odpoczywam. Mogę pójść na jogę, a potem nadal brać na siebie wszystko, o co ktoś poprosi. Mogę nawet zamienić odpoczynek w kolejne zadanie do wykonania.
W Diagnostic nazywam te mechanizmy Loops, Overdrive, Absorption i Duty. Najważniejsze jest jednak to, żeby kobieta zobaczyła swój własny schemat i pomyślała: „O Boże, ja naprawdę robię to cały czas”.
Wtedy „muszę bardziej odpoczywać” zamienia się w konkret: „Już wiem, którędy ucieka moja energia i od czego zacząć”.
Jeśli kobieta czytająca ten wywiad pomyśli: „To jestem ja, wszystko ogarniam, ale jestem coraz bardziej zmęczona”, od czego powinna zacząć? Jaki jest pierwszy krok, który rzeczywiście może coś zmienić, zamiast być kolejnym zadaniem na jej liście?
Przede wszystkim niczego sobie nie dodawaj. Jeśli jesteś przeciążona, nie potrzebujesz kolejnej rutyny, aplikacji czy projektu pod tytułem „jak przestać być przeciążoną”.
Zaczęłabym od pytania: „Co mogę przestać robić?” Ktoś o coś prosi i automatycznie mówisz: „Jasne, zrobię”. Widzisz problem: „Dobra, zajmę się tym”. Zanim zareagujesz jak zawsze, daj sobie dziesięć sekund i zapytaj: „Co się stanie, jeśli tym razem tego nie zrobię?”
Często okazuje się, że pod „muszę” kryje się poczucie winy, potrzeba kontroli albo lęk przed czyimś niezadowoleniem. Wtedy widzisz, że nie wszystko, co robisz, jest obowiązkiem. Czasem po prostu próbujesz uniknąć dyskomfortu.
Jeśli naprawdę muszę coś zrobić, robię. Ale jeśli robię to tylko po to, żeby nadal być tą, która „zawsze ogarnia”, mam wybór.
I na początek wystarczy jedna rzecz: raz nie poprawić, raz nie przypomnieć, raz nie uratować albo powiedzieć: „Nie dam rady”.
Na koniec chciałabym wrócić do zdania „ona zawsze sobie poradzi”. Gdyby mogła Pani dziś powiedzieć coś wszystkim kobietom, które przez lata budowały swoją wartość właśnie na tym, że są silne, niezawodne i zawsze dają radę, co chciałaby Pani, żeby usłyszały?
Przede wszystkim: nie oddawajcie swojej siły, tylko przestańcie mierzyć nią swoją wartość. Sama jestem ambitna, lubię osiągać i wiedzieć, że można na mnie liczyć. Nie chcę się tego pozbywać. Jest jednak różnica między „mogę udźwignąć bardzo dużo” a „nie muszę udźwignąć wszystkiego”. Między „chcę to osiągnąć” a „potrzebuję tego osiągnięcia, żeby poczuć się wystarczająca”.
Kiedy przez lata jesteśmy zajęte dowożeniem, możemy stracić kontakt z prostymi pytaniami: Co ja właściwie lubię? Czego chcę? Co jest naprawdę moje? Nie „co powinnam”, „co będzie rozsądne” czy „co jeszcze mogę osiągnąć”. Tylko: czego chcę od swojego życia, jeśli nie muszę już nikomu, nawet sobie, udowadniać, że dam radę?
I zostawiłabym Was z jednym pytaniem: „Gdybym już wiedziała, że jestem wystarczająca, co zrobiłabym inaczej?” Może coś bym zaczęła. Może do czegoś wróciła. Może czegoś chciała więcej.
Bo nie chodzi o to, żebyśmy robiły mniej. Chodzi o to, żeby więcej tego, co robimy, było naprawdę nasze.
Wywiadu udzieliła: Kasia Biernacka – jest psycholożką i Leadership Transformation Coach z ponad 20-letnim doświadczeniem w pracy z ludźmi i organizacjami nad przywództwem, odpornością psychiczną i funkcjonowaniem pod presją. Pracowała m.in. dla AXA, Bridgestone i European Climate Foundation. Ukończyła psychologię na Uniwersytecie SWPS oraz program Neuroscience for Leadership na MIT, a od 14 lat mieszka w Belgii i pracuje w języku polskim oraz angielskim. Jest twórczynią Energy Drain Diagnostic™, narzędzia pomagającego kobietom rozpoznać mechanizmy odpowiedzialne za utratę energii. W swojej pracy łączy psychologię, neuronaukę i wieloletnie doświadczenie zawodowe, pomagając kobietom lepiej rozumieć własne funkcjonowanie pod presją i odzyskiwać energię.
Więcej informacji o działaniach znajdziesz na intuipro.eu oraz na Instagramie i LinkedIn.


