Być ze sobą – najgłębsze spotkanie

Napisałam na swoim profilu w mediach, że spędzam Święta w swojej obecności, czyli sama. Zauważyłam, że większość osób współczuła mi i pragnęła mnie pocieszyć dobrym słowem. Automatyczne przekonania, które się pojawiły, zrobiły swoje, ale dlaczego miałoby mi być smutno?

Bycie samemu nie oznacza samotności.

Okolice Świąt dla niektórych są takim okresem kumulacji wszystkich obaw i lęków. To spotkanie się pewnych schematów myślowych, wywalających nam cały światopogląd, z uwzględnieniem aktywacji tych emocji, które szarpią naszym jestestwem, dociskając nasze ciało w najgłębszy kąt. Tak jak wiele osób nie lubi swoich urodzin. To ogólne poruszenie — ale gdy do tego stanu dołożymy postać singla, nabiera to rozpędu.

Ostatecznie trzeba sobie radzić, skoro pojawił się taki przedział w życiu — czy to z wyboru, czy z jakiegoś powodu. Jeden biegun widzenia życia singla to: „biedny, któremu życie nie poszczęściło”, a drugi — ten, który ekstremalnie uaktywnia zew wolności poprzez konieczność sztucznego wypełnienia swojego grafiku codzienności, tak, aby zagłuszyć moment konfrontacji samego ze sobą.

Wiem, że każdą pustkę chcemy czymś wypełnić, i jeśli nie zrozumiemy tematu, to wypełnimy ją byle czym, aby nie cierpieć — np. po rozstaniu.

Podsumowując — pojawiają się skrajne emocje nie w samych singlach na swój temat, ale przede wszystkim w obserwatorach: od zazdrości wolności, po „szkoda mi ciebie… ta cisza czterech ścian, musi być ci ciężko samej”. Każdy z nas ma jakieś przemyślenia, niezależnie od określonej sytuacji.

Ja nigdy nie pomyślałam o sobie jako o osobie samotnej itd. Nigdy nie identyfikowałam się z tą rolą — zresztą, tak jak z pozostałymi.

Stan bycia zamiast roli

Ja chcę Ci pokazać świadomy Stan Bycia — tak pożądany, i dla wielu kojarzący się z medytacją czy odosobnieniem — niezależnie od twojego profilu. Jestem, czuję i zgadzam się na siebie, słysząc swoją naturę. To Stan BYCIA, gdzie dotykasz siebie i nie uciekasz. To zgoda na doświadczanie obecnego życia. Wtedy nie będzie podziału na role — będzie stan, który po prostu się przejawia.

Po rozwodzie — nie samotna, lecz wolna

Kiedy się rozwiodłam, wyszłam poza ramy standardowego funkcjonowania. Od razu nasuwa się myśl, że pewnie „odzyskałam siebie” i teraz muszę się dźwignąć po czasach małżeńskiego zniewolenia. Nic bardziej błędnego.

Moja ścieżka życiowa, pomimo zmiany mojego stanu formalnego, toczyła się dalej, wzbogacając moje doświadczenia o aspekt bycia „singielką z odzysku”. Rozszerzyłam swoje istnienie o temat codzienności, w której obowiązki nie rozkładają się już na dwoje. Będąc w małżeństwie, i tak robiłam wszystko sama — z taką różnicą, że pozornie wydawało mi się, że mam wsparcie. Obecnie wiem, że go nie mam.

Dziś jestem wyłącznie ja — odpowiedzialna za swoje wybory. Nie mogę nikogo obarczyć w razie niepowodzenia. Tu nie uraczysz „emocjonalnej spychologii” za nietrafne postanowienie. Zasiliłam szeregi osób określanych jako „samotnie idące przez życie”.

Wiązało się to ze zmianą całej scenerii codzienności. W ferworze obowiązków nic się za bardzo nie zmieniło, tym bardziej, że lubię zmiany, a większość czasu wypełniała mi obecność dzieci. I tu chyba było największe wyzwanie — musiałam podołać byciu rodzicem w dwóch odsłonach jednocześnie. Muszę przyznać, że to było moim największym wyzwaniem, i tu potrzebowałabym wsparcia.

Zauważyłam, że było mnie mniej na tle moich dzieci. Tu oczywiście zaznaczę, że kocham swoją rodzinkę, i bycie z nimi to wielka wartość. Jesteśmy bardzo ekspresyjni dla siebie, i wdzięczna jestem za ich obecność.

To jedna strona medalu. Druga to ten stan siebie. Dlatego każda okazja wyjazdów do taty była dla mnie zbawiennym odpoczynkiem — takim głębokim oddechem. Te kilka razy w roku były dla mnie świętem, a przypadały właśnie na okres świąteczny. Podczas tego okresu jestem w pełni dla siebie. Wspaniale.

Przewinęła mi się nawet myśl w głowie, że można mi tylko pozazdrościć tego czasowego luksusu. Ile osób chciałoby być na moim miejscu — nie musieć nic robić, lub zrobić to, co chce, a nie musieć.

Tym bardziej, że mamy czasy, gdzie jesteśmy bardzo blisko ze sobą, w częstym kontakcie. Czasami mam wrażenie, że aż nadto — czujemy się przytłoczeni. Ta wizja nicnierobienia i ciszy…

Rozmarzyłam się bardziej.

Zaznaczę, że jestem osobą, która kocha gościć ludzi, kocha gotować i wyprawiać przyjęcia. Miło wspominam ten czas, gdy byłam gospodynią na całego. Obecnie cenię sobie inne jakości, adekwatne do mojej sytuacji.

Wiele osób pragnie takiego odczucia wytchnienia, ale nie potrafi w nim być. Tworzy pozorne zamienniki, ale ten stan obecności jest innym stanem niż „zrobienie czegoś dobrego dla siebie”.

To uczta dla duszy.

Komfort bycia ze sobą

Gdy zostaję sama, to nie jestem sama, bo jestem ze sobą. A siebie nigdy dość. To moment mojej randki ze sobą. Lubię rozpakowywać się w tej Obecności, otulić każdą część siebie — nie odrzucając żadnej z nich, a zapraszając do wzajemnej integracji.

Nasze drzwi do nowych momentów siebie wciąż są otwarte i zapraszają do posmakowania siebie.

Niech każdy z nas odnajdzie w sobie tę przestrzeń — wolną, nieoceniającą, pełną czułości i zgody na siebie. Tylko wtedy możemy poczuć prawdziwą obecność, niezależnie od tego, czy jesteśmy sami, wśród bliskich, czy na środku tętniącego życiem miasta.

Bycie singielką podczas Świąt nie jest brakiem — to może być pełnia. To czas, który można ofiarować sobie, bez tłumaczenia się, bez konieczności spełniania oczekiwań innych. Czas, by pobyć w ciszy i usłyszeć siebie.

Czasami dopiero, gdy nie musimy nic robić, naprawdę dostrzegamy, kim jesteśmy.

W tej ciszy nie ma pustki. Jest obecność. W tej samotności nie ma cierpienia. Jest wolność. W tym braku drugiej osoby nie ma straty. Jest przestrzeń, by spotkać siebie najprawdziwiej.

Zatem jeśli ktoś chce mi współczuć — niech współczuje, ale nie mnie. Niech współczuje tym, którzy nie potrafią usiąść sami ze sobą i poczuć spokoju. Tym, którzy przez życie biegną tak szybko, że gubią po drodze siebie.

Ja, zamiast się spieszyć, zatrzymałam się. I usłyszałam siebie.

I tego życzę każdemu — choć chwili zatrzymania. Choć momentu prawdziwej obecności. Choć jednego oddechu, który przywraca do domu — do siebie.


Autorka: Renata Suszwedyk – Mentorka w podnoszeniu świadomości. Pełni rolę przewodniczki, pomagającej ludziom odkrywać siebie i zrozumieć ich miejsce w świecie. Uzdrowicielka dusz – pomaga ludziom w uzdrowieniu ich wewnętrznego świata. Przewodniczka w zarządzaniu rzeczywistością i cieszeniu się życiem. Pomaga ludziom przejść przez trudną, często niechcianą barierę, która stoi między nimi, a ich prawdziwym, pełnym życiem.

Więcej informacji o działaniach Renaty znajdziesz na www.przystanekzycie.pl oraz na Facebooku i Instagramie.

iKobiece.pl
Author: iKobiece.pl