Masz za dużo pomysłów? To może być powód, dla którego stoisz w miejscu

Czy wiele pomysłów to chaos, czy potencjał? To rozmowa o pracy poza etatem, cenie kreatywnej wolności i momencie, w którym rozproszenie przestaje rozwijać, a zaczyna zatrzymywać. O selekcji, domykaniu projektów i budowaniu kierunku zamiast ciągłego zaczynania od nowa.

Redakcja: Od początku pracowałaś poza etatem – jako freelancerka i właścicielka własnych projektów. Co dawała Ci ta forma pracy, a co było jej największym wyzwaniem?

Małgorzata Piotrowska: Odkąd pamiętam, pracuję jako freelancerka; etat miałam tylko epizodycznie i krótko (maksymalnie na kilka miesięcy) albo w projektach o nieunormowanym czasie pracy. Zawsze ceniłam wolność i możliwość decydowania, co w danym dniu jest najważniejsze. Sztywne godziny typu 8–16 czy 9–17 zabijały moją kreatywność i dawały poczucie marnowania czasu, gdy trzeba było „być”, mimo że nie było realnej potrzeby działania.
Prowadząc własne projekty, mogłam łączyć różnorodność z odpowiedzialnością. Jestem sama sobie szefem, co bardzo mi pasuje, bo mam mocny charakter i wolę brać pełną odpowiedzialność za efekt, także wtedy, gdy coś nie wyjdzie.

Największym wyzwaniem była nieprzewidywalność. Zlecenia nie zawsze są ciągłe, a finanse potrafią falować, więc trzeba umieć planować i budować stabilność. Wolność oznaczała też możliwość pracy w rytmie energii: czasem mocno, czasem ciszej, ale zawsze świadomie.

Z perspektywy czasu widzę, że ta forma pracy budowała we mnie przedsiębiorczość, odwagę decyzji i odporność. Jednocześnie właśnie ta wolność wymagała ode mnie większej samodyscypliny i umiejętności odmawiania, kiedy projekt nie miał sensu.

Zajmowałaś się wieloma obszarami – od grafiki, przez organizację wydarzeń, po działania społeczne. Co łączyło wszystkie te aktywności?

Łączyły je różnorodność, kreatywność i to, że lubię działać, a nie tylko planować. Zaczynałam od marketingu w organizacji pozarządowej i wtedy naturalnie weszłam w grafikę oraz strony www, około 20 lat temu, gdy social media dopiero się rodziły, a Facebook dopiero wchodził.

W tamtym czasie marketingowiec często robił też projekty graficzne, więc to była dla mnie logiczna ścieżka. Równolegle organizowałam wydarzenia: konferencje, gale, inicjatywy społeczne i do dziś uwielbiam koncerty, wystawy i eventy.

Moja fundacja wspiera twórców i przemysły kreatywne poprzez promocję, spotkania, rozmowy i networking łączący sztukę z biznesem. Grafika daje mi najwięcej przestrzeni na kreację. Odpowiadam za finalny efekt i dopasowanie go do potrzeb klienta; mój styl jest minimalistyczny, ale z kreatywnymi akcentami.

Wspólnym mianownikiem było też łączenie wątków. Projekt graficzny, komunikacja, wydarzenie i społeczny kontekst często spotykały się w jednym punkcie. Lubię, gdy efekt jest namacalny: publikacja, wydarzenie, identyfikacja, coś, co zostaje i działa na ludzi.

Wspominałaś, że często zaczynałaś wiele projektów, ale nie wszystkie kończyłaś. Jak dziś patrzysz na ten etap swojego życia zawodowego?

Tak, zaczynałam wiele projektów jednocześnie, bo moja głowa nieustannie generuje nowe pomysły. Jestem typem kreatorki: kiedy coś wymyślę, mam ochotę od razu to wdrożyć.

Z perspektywy czasu widzę jednak, że perfekcjonizm bywał pułapką. Dopieszczałam detale tak długo, że potrafiłam wypalić się jeszcze przed finiszem, a projekt tracił świeżość i sens. Druga rzecz to praca w pojedynkę. Część inicjatyw wymaga zespołu, a ja próbowałam dowozić wszystko sama.

Ten etap mnie nie złamał, on mnie ukształtował. Nauczył mnie selekcji pomysłów, planowania energii, budowania wsparcia i konsekwencji w domykaniu.

Dziś działam mądrzej: mniej rzeczy naraz, więcej struktury i lepsze zaplecze, dzięki czemu kreatywność pracuje na efekt, a nie na chaos. Dziś umiem powiedzieć sobie: „to jest dobry pomysł, ale nie teraz”. To daje mi spokój i pozwala kończyć.

Największą zmianą jest świadomość, że projekt ma swój cykl: start, produkcja, domknięcie i że domknięcie jest równie kreatywne jak start. Pomaga mi w tym spisywanie pomysłów, selekcja i świadome „parkingowanie” tematów, zamiast wchodzenia w nie emocjonalnie. To nie gasi kreatywności, to ją chroni.

Co było momentem, w którym zaczęłaś dostrzegać, że rozproszenie energii zaczyna Cię zatrzymywać, a nie rozwijać?

Przełom przyszedł wtedy, gdy zobaczyłam niewspółmierność: wkładałam ogrom czasu w projekty, które nie dawały zwrotu ani finansowo, ani efektowo. Zaangażowanie było duże, a rezultat zbyt mały.

W tym samym czasie pojawiły się symptomy wypalenia. Moje studio było „od wszystkiego” i „dla każdego”: logo, banery, ulotki, wizytówki, brałam dosłownie wszystko. Byłam wszędzie, ale nie widziałam adekwatnych wyników, a koszt energetyczny rósł.

Najmocniej uderzyło mnie to, że moja kreatywność spadła i zaczęło to odbijać się na jakości realizacji. To był moment, w którym zrozumiałam, że szerokość bez selekcji mnie nie rozwija, tylko zatrzymuje i wykańcza. I że muszę zawęzić kierunek, żeby odzyskać moc i skuteczność.

Zrozumiałam też, że przyjmowanie wszystkiego nie jest „elastycznością”, tylko brakiem granic. Im więcej brałam, tym mniej miałam przestrzeni na najlepszą jakość i na projekty, które naprawdę mnie budują. Uporządkowałam ofertę i priorytety, bo zobaczyłam, że specjalizacja daje wolność: mniej przypadkowych zleceń, więcej projektów, które realnie budują markę i stabilność.

Jakie lekcje wyniosłaś z pracy nad wieloma projektami jednocześnie i które z nich są dla Ciebie dziś najważniejsze?

Najważniejsze lekcje są trzy.

Po pierwsze: próbuj i nie żałuj. Każdy projekt, nawet niedokończony, uczy Cię czegoś o Tobie: jak pracujesz, co działa, co nie działa, czego brakuje i co można poprawić następnym razem.

Po drugie: doceniaj siebie i nie porównuj się z innymi. Zamiast ścigać się z cudzym tempem, wolę inwestować w rozwój: warsztat, umiejętności, sposób myślenia i paliwo do kreatywności, bo to jest najlepsza inwestycja w biznes.

Po trzecie: deleguj. Dziś nie da się być jedną osobą na wszystkich stanowiskach. Świat przyspieszył, specjalizacje są realne, a jakość wymaga zasobów. Delegowanie nadal bywa dla mnie trudne, ale konsekwentnie nad tym pracuję i buduję zespół, bo wiem, że to przekłada się na cele, które sobie wyznaczyłam.

Dodałabym jeszcze jedną lekcję: buduj system, nie tylko zryw. Kreatywność jest paliwem, ale system dowozi. Dlatego dziś bardziej dbam o proces, priorytety i energię, a mniej o to, żeby „wszystko naraz” było idealne. W praktyce oznacza to, że wolę zrobić mniej, ale dowieźć do końca i mieć z tego satysfakcję oraz mierzalny rezultat, niż rozgrzebać dziesięć tematów i utknąć w połowie.

Obecnie nadal realizujesz kilka inicjatyw naraz, ale mówisz, że wiesz już, dokąd zmierzasz. Co pomogło Ci wyznaczyć ten kierunek?

To trudne pytanie, bo ja wciąż jestem osobą, która ma mnóstwo pomysłów. Kierunek wyznaczyło mi jednak to, co daje największą satysfakcję i poczucie sensu, a jednocześnie pozwala przekuwać moje doświadczenie w realną wartość.

Dziś wybieram świadomie. Najbardziej skupiam się na książkach i druku. Zawsze kochałam książki, papier i proces powstawania publikacji; od lat marzyła mi się nawet drukarnia. Dlatego jestem na etapie budowania własnego kierunku wydawniczego: rozwijam myślenie o wydawnictwie, księgarni i portalu czytelniczym.

Składam książki i tworzę notesy, to moje „dziecko”, bardzo moje, dające mi ogromną radość. Nadal wspieram twórców i łączę biznes ze sztuką, ale dziś robię to bardziej selektywnie. Wybieram to, co ma dla mnie wartość życiową, a nie tylko chwilowy zachwyt nowym pomysłem.

Ten kierunek pomogło mi też wyznaczyć uważne obserwowanie siebie: w czym mam największą lekkość, gdzie czas płynie najszybciej i co zostaje ze mną nawet wtedy, gdy jestem zmęczona. Książki i druk zawsze zostawały. Pomogło mi też nazwanie tego, kim chcę być na rynku: nie „od wszystkiego”, tylko ekspertką od publikacji i składu.

Jak zmieniło się Twoje podejście do kończenia projektów i stawiania granic, sobie i innym?

Zmiana jest prosta, choć dla mnie bardzo konkretna: zaczynam mniej, częściej domykam. Pomysły nadal mam codziennie i potrafiłabym startować z kolejną inicjatywą od razu, ale dziś zamiast tego zapisuję je, daję im czas i sprawdzam, czy są zgodne z moim kierunkiem.

Skupiłam się na kilku kluczowych celach i trzymam zasadę: dopóki nie zbuduję fundamentu, nie dokładam kolejnych dużych projektów. Śmieję się z przyjaciółką, że mogłybyśmy stworzyć encyklopedię pomysłów i właśnie w tych rozmowach uczę się mówić „stop”: najpierw to, potem kolejne kroki, po kolei.

To jest moje stawianie granic sobie. A innym stawiam granice przez selekcję: nie biorę wszystkiego, nie obiecuję wszystkiego, wybieram to, co ma sens, jakość i realny zwrot. Granice wobec innych to także jasne zasady współpracy: terminy, zakres, komunikacja i uczciwa wycena.

To pozwala mi dbać o jakość i o własną energię, a klientom daje spokój, że proces jest poukładany. Stawianie granic to też akceptacja, że nie każdy projekt jest dla mnie i że odmowa bywa najlepszą decyzją strategiczną. To zmieniło moją relację z pracą: mniej spięcia, więcej jakości.

Czego nauczyła Cię praca z organizacjami pozarządowymi i prowadzenie własnych inicjatyw społecznych?

Z organizacjami pozarządowymi pracuję od zakończenia studiów, właściwie od zawsze. Przez lata byłam doradcą marketingowym dla NGO, spółdzielni socjalnych i różnych inicjatyw.

Ta praca nauczyła mnie, jak realnie można wspierać innych i jak piękne jest działanie oparte na intencji pomocy, a nie wyłącznie na zysku. Dała mi empatię, uważność na ludzi, cierpliwość do procesów i umiejętność współpracy z bardzo różnymi środowiskami.

Moje własne inicjatywy społeczne są skoncentrowane na twórcach i artystach. Zauważyłam, że wielu z nich ma ogromny talent i działa w pięknym świecie kreatywnym, ale brakuje im podstaw biznesowych: promocji, relacji, kontaktów i odwagi w komunikacji. Dlatego wspieram ich w łączeniu sztuki z biznesem, żeby twórczość mogła rosnąć, a nie tylko „trwać”.

NGO nauczyły mnie też, że relacje są walutą, a zaufanie buduje się konsekwencją. Czasem małe, dobrze zaprojektowane działanie potrafi dać większą zmianę niż duże deklaracje. To przenoszę dziś do biznesu. Nauczyłam się też, że komunikacja ma znaczenie: język, prostota przekazu i konsekwencja potrafią uratować projekt, gdy brakuje budżetu.

Jak dziś rozumiesz pojęcie sukcesu, w porównaniu do tego, jak postrzegałaś je kilka lat temu?

Kiedyś sukces widziałam głównie przez pryzmat świata zewnętrznego: dużych pieniędzy, prestiżu, stanowiska, nagród i dowartościowania. Dziś rozumiem go inaczej.

Sukcesem jest dla mnie to, że działam i realizuję się w tym, co tworzę, nawet jeśli coś jest jeszcze w procesie, a nie idealne. Finanse są ważne, bo dają bezpieczeństwo i możliwości, ale nie są jedyną miarą sensu.

Ogromnym sukcesem życiowym jest dla mnie rodzina, a przede wszystkim moja córka. Wiele moich decyzji jest dziś ukierunkowanych na jej dobro i przyszłość. Sukcesem bywa też zwyczajny dzień zakończony radością i spokojem.

A jeśli efekt jest inny niż planowałam, traktuję to jako informację zwrotną, wskazówkę, co poprawić, żeby kolejne działanie dowieźć lepiej i pełniej. Sukces to dla mnie też spójność: kiedy to, co robię na co dzień, jest zgodne z moimi wartościami, a nie tylko z oczekiwaniami świata. Im mniej muszę udawać, tym większe mam poczucie sukcesu.

Ostatecznie sukces to poczucie, że jestem we właściwym miejscu i czasie, a moje działania mają kierunek, nawet jeśli tempo bywa różne. To daje mi spokój.

Co powiedziałabyś kobietom, które mają w głowie mnóstwo pomysłów, ale boją się, że „rozproszenie” jest ich słabością, a nie potencjałem?

Powiedziałabym: doceniaj siebie i nie zatrzymuj się. To, że masz mnóstwo pomysłów, często nie jest słabością, to zasób. Kreatywne osoby napędzają twórczość i potrafią w minutę wygenerować kilkanaście rozwiązań, myśleć wielotorowo, wyjść z trudnej sytuacji, bo widzą więcej wariantów.

Wiele osób patrzy na to z podziwem i same chciałyby mieć taką sprawczość. Klucz nie polega na tym, żeby przestać być sobą, tylko żeby nauczyć się kierować energią: spisywać pomysły, ustalać priorytety, domykać etapy.

Jeśli porządkowanie nie jest Twoją mocną stroną, sięgaj po narzędzia i ludzi, którzy to umieją. Nie bój się pytać, rozmawiać i korzystać z doświadczenia innych. Wtedy to, co dziś nazywasz „rozproszeniem”, staje się Twoją przewagą i Twoim zwycięstwem.

Pamiętaj: rozproszenie staje się problemem dopiero wtedy, gdy nie ma wyboru. Jeśli Ty wybierasz, priorytetyzujesz i domykasz etapy, ta sama cecha jest Twoim supernarzędziem. Czasem wystarczy mentor albo ktoś, kto zada jedno dobre pytanie i uporządkuje Twój plan. Nie musisz dźwigać tego sama.


Małgorzata Piotrowska – Od ponad 20 lat pracuje jako freelancerka, realizując projekty z obszaru grafiki, komunikacji wizualnej i organizacji wydarzeń. Wspiera twórców oraz środowiska kreatywne poprzez działania społeczne, networking i promocję. Specjalizuje się w składzie książek i projektowaniu druków, rozwijając własny kierunek wydawniczy.

Fot. Unsplash

iKobiece.pl
Author: iKobiece.pl

Promuj swój biznes w kobiecej społeczności
Dotrzyj do nowych odbiorczyń i zyskaj nowe klientki!
To dla mnie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *