Nie musisz być superwoman. Czas odkryć siebie na nowo – Wywiad z Agnieszką Droździok
Agnieszka Droździok, mimo sukcesów w prestiżowych miejscach pracy, doświadczyła kryzysu, który przewartościował jej życie. W wywiadzie dla iKobiece.pl opowiada o wypaleniu zawodowym, presji społecznych oczekiwań wobec kobiet i sile, jaką daje odkrycie własnych talentów. Jej historia pokazuje, że moment „pęknięcia” nie jest końcem świata, lecz początkiem świadomej r-ewolucji – odbudowy sprawczości i życia zgodnego z własnymi wartościami.
Redakcja: Przez lata była Pani postrzegana jako osoba zawodowo spełniona. Co z perspektywy czasu było pierwszym sygnałem, że pod powierzchnią sukcesu zaczyna narastać kryzys?
Agnieszka Droździok: Długo zastanawiałam się, co mogło być pierwszym sygnałem. Wydaje mi się, że była nim drastycznie spadająca samoocena. W dorosłość weszłam bez konkretnego zawodowego planu. Skończyłam filologię angielską o specjalności język biznesu, bo zależało mi przede wszystkim na tym, by w pracy realnie używać języka. Po kilku latach w prywatnych firmach trafiłam do szpitala. To była praca, która mnie ukształtowała. Pracowałam ze wspaniałym, choć niezwykle wymagającym człowiekiem – tytanem pracy, profesorem, kardiochirurgiem i transplantologiem. Był osobą z tak ogromnym poczuciem misji, że podporządkował jej całe swoje życie. To tam nauczyłam się, że nie ma rzeczy niemożliwych, a „misja” to nie pusty slogan, lecz wartość nadająca sens każdemu działaniu. Przez 11 lat, jako asystentka dyrektora, byłam jego bezpośrednim wsparciem i cichą realizatorką kolejnych projektów.
Wszystko jednak ma swój początek i koniec. Przyszedł moment, w którym poczułam, że na tym stanowisku przestałam się rozwijać. Mimo że było mi tam bezpiecznie, „jak u Pana Boga za piecem”, wiedziałam, że potrzebuję czegoś więcej. Czułam się gotowa, by wyjść ze strefy komfortu i zyskać większą niezależność. Tak trafiłam na uczelnię. Objęłam samodzielne stanowisko administracyjne z zakresem obowiązków idealnie skrojonym pod moje doświadczenie. Czułam, że to strzał w dziesiątkę! Merytorycznie wciąż w obszarze zdrowia, ale w szerszym kontekście: naukowym, projektowym i technologicznym. Skakałam z radości. Oczami wyobraźni widziałam międzynarodowe projekty, konferencje i warsztaty. Do tego fantastyczny szef, świetne warunki, dobre pieniądze, praca „od–do” i zero stresu. Wiele osób dałoby wiele za taką posadę. I to był właśnie ten moment, w którym pojawiło się dręczące pytanie: Przecież powinnam być szczęśliwa, więc dlaczego nie jestem?
Każdego dnia jechałam do pracy z niepokojem i poczuciem bezsensu. Moja historia różni się od typowego wypalenia kojarzonego z nadmiarem obowiązków. U mnie było odwrotnie. Czułam winę, że mój plan dnia nie jest wypełniony po brzegi. Rosło we mnie przekonanie, że to ze mną jest coś nie tak – że wydziwiam, wybrzydzam, że inni na moim miejscu radziliby sobie lepiej. Zaczęły się objawy fizyczne: bóle głowy, kołatanie serca, nerwowość i bezsenność. Chciałam szukać innej pracy, ale paraliżował mnie strach. Skoro tu sobie nie radzę, to gdzie indziej tym bardziej polegnę. To była droga w dół, labirynt bez wyjścia. Negatywne myśli każdego dnia ściągały mnie niżej. Aż w końcu pękłam. Nie potrafiłam przestać płakać.
W debacie publicznej często mówi się o wypaleniu zawodowym w kontekście nadmiaru pracy. Pani historia pokazuje, że problem jest głębszy. Jakie mechanizmy psychologiczne najczęściej stoją za wypaleniem u kobiet?
To prawda. Sprowadzanie wypalenia zawodowego wyłącznie do zbyt długiej listy zadań to ogromne uproszczenie. U kobiet problem ten ma znacznie głębsze, często niewidzialne korzenie. Wiąże się z pracą emocjonalną oraz ogromnym obciążeniem psychicznym, czyli tzw. mental load.
Choć zawodowo pracujemy tyle samo co mężczyźni, na nas zazwyczaj spoczywa zarządzanie domem: pamiętanie o terminach lekarzy, urodzinach bliskich czy logistyce rodzinnej. Wychodząc z biura, automatycznie wchodzimy w drugi etat: planowanie obiadu, zakup prezentu dla teściowej czy przygotowanie czystej koszuli na środowe spotkanie. Żyjemy w stanie ciągłej gotowości i napięcia, z dojmującym poczuciem, że wciąż coś „musimy”. W pracy z kolei najczęściej dbamy o atmosferę, chcąc, by każdy czuł się dobrze, i biorąc na siebie „zadania specjalne”.
Badania wskazują, że kobiety wyjątkowo często borykają się z syndromem oszusta. Mamy poczucie, że nasz sukces jest dziełem przypadku, a nie kompetencji. W obawie przed „zdemaskowaniem” pracujemy ponad siły, by udowodnić swoją wartość. Wewnętrzny głos szepczący: „Zaraz się zorientują, że nie jesteś tak dobra, jak myślą”, pcha nas w stronę toksycznego perfekcjonizmu. A stąd już prosta droga do wyczerpania.
Kolejnym mechanizmem jest tzw. szklany sufit oraz mikroagresje – konieczność ciągłego przebijania się przez nieuświadomione uprzedzenia. Praca w takim środowisku generuje chroniczny stres o niskim natężeniu. Nasz system nerwowy pozostaje w stanie czuwania: „walcz albo uciekaj”. To drenuje energię psychiczną znacznie szybciej niż sama praca merytoryczna.
Na dodatek ignorujemy sygnały płynące z ciała. Od dziecka uczone stawiać potrzeby innych ponad własne, bagatelizujemy bóle głowy, chroniczne zmęczenie czy brak snu – aż do momentu, w którym po prostu „odcina nam prąd”.

Wspomina Pani o momencie, w którym „pękła”. Jak odróżnić chwilowe przemęczenie od poważnego kryzysu psychicznego, który wymaga zatrzymania się i realnej zmiany?
To bardzo ważne pytanie, ponieważ granica między „jestem zmęczona” a „już dłużej nie dam rady” bywa niezwykle cienka. Oba stany zaczynają się podobnie: od braku energii i niechęci do działania.
Najprostszym sposobem na sprawdzenie, w którym miejscu jesteśmy, jest kilka dni wolnego – dłuższy weekend lub urlop. Odcięcie się od obowiązków, wyspanie, zmiana otoczenia, wyjście w góry czy dzień nad jeziorem. Taki reset działa cuda w przypadku zwykłego przemęczenia – w poniedziałek rano znów masz ochotę przenosić góry. Niestety, w przypadku głębszego kryzysu odpoczynek nie przynosi ulgi. Już ostatniego dnia weekendu czujesz fizyczny lęk przed jutrem. Od rana dręczy Cię myśl o powrocie do codzienności. W kryzysie możesz przespać nawet dwanaście godzin, a i tak obudzisz się zmęczona, bez siły, by wstać z łóżka.
Kolejnym sygnałem ostrzegawczym jest zmiana osobowości. Przy zwykłym zmęczeniu bywasz bardziej marudna lub szybciej tracisz cierpliwość, ale wciąż masz poczucie humoru i chętnie realizujesz swoje pasje. W kryzysie przestajesz czuć się sobą. Hobby wydaje się bezsensowne, pojawia się cynizm, znieczulica i wycofanie. Nie potrafisz cieszyć się z sukcesów innych ani współczuć im w trudnościach. Unikasz spotkań towarzyskich, bo stają się one przykrym ciężarem. Chcesz po prostu schować się pod kołdrą i „nic nie musieć”.
Towarzyszy temu niszczące poczucie winy, wstydu i przekonanie, że jesteś niewystarczająca. Do tego dochodzą symptomy fizyczne: chroniczne bóle, problemy żołądkowe, brak apetytu czy kołatania serca. To już nie jest sygnał – to alarm.
Wiele kobiet wciąż wstydzi się przyznać, że „nie daje rady”. Skąd bierze się to poczucie winy i presja, by funkcjonować ponad własne siły?
Poczucie winy i wstyd nie biorą się znikąd – to wynik wielopokoleniowych oczekiwań, wychowania oraz współczesnych standardów. Od lat 80. promowany jest obraz „Superwoman”: kobiety, która z uśmiechem łączy karierę, macierzyństwo, nienaganny wygląd i bogate życie towarzyskie. Realizacja tych ról wymaga od nas stałej uwagi i energii, generując permanentne obciążenie psychiczne. Z tyłu głowy mamy niekończącą się listę zadań: kończące się mleko, terminy szczepień, urodziny teściowej. To niewidzialna praca przez 24 godziny na dobę. Kiedy przestajemy dawać sobie z tym radę, sypie się cały system domowy, co rodzi wyrzuty sumienia i destrukcyjne poczucie, że jesteśmy „gorszymi” matkami, żonami czy córkami.
Od najmłodszych lat dziewczynki uczone są bycia grzecznymi, miłymi i pomocnymi. Podprogowo przekazuje się nam, że nasza wartość zależy od tego, jak bardzo jesteśmy użyteczne dla innych. W takim schemacie odpoczynek lub postawienie wyraźnej granicy: „Stop, moje potrzeby też są ważne”, bywa interpretowane jako egoizm. Dochodzi do tego presja mediów społecznościowych i iluzoryczny wizerunek kobiety idealnej, która ma zawsze lśniącą kuchnię, domowy obiad i perfekcyjną figurę. Porównujemy swoje prawdziwe, nieidealne życie z tym wyreżyserowanym obrazem, co tylko pogłębia lęk.
Tymczasem przyznanie, że nie dajemy rady, nie powinno być powodem do wstydu. To akt ogromnej odwagi i lojalności wobec samej siebie.
Dziś wiele z nas pracuje zawodowo równie ciężko, a często ciężej niż mężczyźni. Po powrocie do domu zaczynamy „drugi etat” – ten niewidzialny. W tym biegu zapominamy, że pod maskami pracownicy, matki czy żony jesteśmy po prostu sobą – Agnieszką, Anią, Kasią. Często dochodzi do momentu, w którym po ściągnięciu tych masek kobieta patrzy w lustro i nie wie, kim jest. Nie pamięta, co lubi i co sprawia jej frajdę. Mechanizm społeczny nakręcił nas tak mocno, że odpoczynek traktujemy jak wykroczenie.
Czas zatrzymać tę machinę. Jeśli nie nauczymy się głośno mówić o swoich potrzebach, wypalenie będzie tylko kwestią czasu. Musimy odzyskać prawo do tego, by po prostu być, a nie tylko dostarczać wyniki. Twoja wartość nie zależy od tego, jak czysta jest podłoga czy ile zadań odhaczyłaś dziś w kalendarzu.
Jaką rolę w procesie wypalenia odgrywa ignorowanie sygnałów płynących z ciała? Czy możemy nauczyć się wcześniej rozpoznawać te ostrzeżenia?
Nasze ciało nigdy nie kłamie, za to umysł jest prawdziwym mistrzem oszukiwania. Potrafimy latami „brać na klatę” ambicje, stresy i nieprzespane noce. Jednak to, że czegoś nie chcemy zauważyć, nie oznacza, że tego nie ma.
Jako kobiety stałyśmy się mistrzyniami dysocjacji – odcinania się od własnej fizyczności tylko po to, by „dowieźć” każde zadanie na czas. Tymczasem chronicznie wysoki, niemetabolizowany poziom kortyzolu niszczy nasze naczynia krwionośne, osłabia serce i zaburza gospodarkę glikemiczną. Ignorowanie kolejnych sygnałów sprawia, że ciało zaczyna krzyczeć coraz głośniej, aż do całkowitego „odcięcia zasilania” – wypalenia, które fizycznie uniemożliwia wstanie z łóżka.
Mając tę świadomość, zamiast ignorować sygnały płynące z ciała, nauczmy się je interpretować. U każdego z nas stres objawia się inaczej: może to być zaciśnięta szczęka, uniesione ramiona, spłycony oddech, ścisk w żołądku czy drżące dłonie. Zacznijmy przyglądać się sobie z ciekawością. Zamiast irytować się na kolejny ból głowy, zastanówmy się, co jest jego przyczyną. Może to odwodnienie, bo od czterech godzin nie piłaś wody? A może wynik trudnej, toksycznej rozmowy, którą odbyłaś przed chwilą? Słuchanie ciała to nie fanaberia – to nasza pierwsza linia obrony.
Czy zgadza się Pani z tezą, że wiele z nas wchodzi w życie zawodowe „na ślepo” – realizując cudze oczekiwania zamiast własnych predyspozycji? Jakie są konsekwencje takiego wyboru po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach pracy?
Jestem tego żywym przykładem. Jako nastolatka kompletnie nie wiedziałam, co chcę robić i kim chcę być. Jest też druga grupa osób: te, które wybierają studia zgodnie z trendami, modą czy oczekiwaniami rodziców, a nie własnymi zainteresowaniami. Obie te drogi mają wspólny mianownik. Często kończą się pytaniem pełnym lęku: „Czy to naprawdę jest to, co będę robić do 65. roku życia, przez osiem godzin dziennie?”. Gonimy za pieniędzmi i awansami, by na końcu odkryć, że weszliśmy nie na swoją drabinę. Pojawia się poczucie pułapki, klatki bez wyjścia i niska samoocena.
Często nawet nie wiemy, że istnieje coś, w czym bylibyśmy świetni, bo nigdy nie daliśmy sobie szansy, by to odkryć. Z pomocą przychodzą testy psychometryczne, takie jak Talenty Gallupa, DISC, RMP czy testy odporności psychicznej. To genialne narzędzia, które pomagają odkryć nasze wewnętrzne „dlaczego”.
Kiedy sama zrobiłam test Gallupa, przeżyłam szok. Jak to możliwe, że w mojej pierwszej piątce nie ma „Organizatora” ani „Stratega”? Zrozumiałam wtedy, że przez tyle lat pracowałam w roli kompletnie niedopasowanej do moich naturalnych talentów, które mam zapisane w genach. Nagle wszystkie kropki połączyły się w całość. Moje talenty to: Optymista, Rozwijanie Innych, Zbieranie, Elastyczność i Relacje. Nic o tabelkach, nic o raportach.
Zaczęłam myśleć o przyszłości w zupełnie nowy sposób. Na przeszłość nie mam wpływu, ale mogę świadomie zdecydować, jak przeżyję resztę życia. I tak, niezależnie od czasem złej reputacji coachingu, postanowiłam pójść tą drogą. Coaching prowadzony profesjonalnie naprawdę może być gamechangerem. Połączyłam swoje talenty z kompetencjami coacha, aby pomagać kobietom, które borykają się z podobnymi wyzwaniami.
Pracuje Pani z kobietami w kryzysie. Jakie pytania, według Pani doświadczenia, są kluczowe w procesie ponownego definiowania siebie i swojego miejsca w świecie zawodowym?
Najważniejszym krokiem jest spojrzenie na siebie „z boku”. Spróbuj pomyśleć o sobie jak o najlepszej przyjaciółce i zacznij ze sobą rozmawiać w taki sposób, w jaki rozmawiałabyś z nią. Mamy tendencję do umniejszania własnych zasług, a w kryzysie nasza samoocena zazwyczaj szura po dnie.
Aby odbudować fundament, na którym powstanie Twoja nowa tożsamość, zacznij od podstawowych pytań: Kim jestem? Jakie są moje życiowe osiągnięcia i co one o mnie mówią? Jakimi wartościami się kieruję? Dopiero z tą bazą możesz przejść do analizy tego, co właściwie się wydarzyło. Które obszary życia zostały zaniedbane, a które bezlitośnie drenują Twoją energię? Jak Twoje życie wyglądało do tej pory, a jak naprawdę chciałabyś, żeby wyglądało? Czy znalazłaś w nim przestrzeń na relacje, rozwój i – co najważniejsze – czas dla samej siebie?
Refleksja nad tymi kwestiami krok po kroku odbudowuje poczucie własnej wartości. Narzędzia takie jak test Gallupa pozwalają zwizualizować mocne strony i zrozumieć, że dotychczasowe działania mogły być sprzeczne z Twoją naturą. To właśnie wykorzystywanie naturalnych talentów daje autentyczne poczucie spełnienia i satysfakcji zawodowej. Pamiętaj: zmiana zaczyna się od odwagi, by zadać sobie właściwe pytania.
W swojej opowieści mówi Pani o „r-ewolucji”, czyli zmianie, która zaczyna się od środka. Jak wygląda proces odbudowy poczucia sprawczości po doświadczeniu depresji lub głębokiego wypalenia?
Depresja, kryzys czy wypalenie są niepodważalnym znakiem, że to, co było, przestało nam służyć. Sposób, w jaki żyłyśmy, doprowadził nas w końcu do momentu totalnego zatrzymania. To wydarzenie należy potraktować bardzo poważnie. Powrót do starych nawyków bez głębokiej refleksji najprawdopodobniej zakończy się nawrotem. Potraktujmy to doświadczenie jako sygnał „STOP”. To nie działa – spróbujmy inaczej.
Zauważmy, że najważniejszych lekcji nie wyciągamy z sukcesów, lecz właśnie z porażek. Gdy wszystko układa się pomyślnie, po prostu płyniemy na fali. Rozwijają nas niepowodzenia – to z nich wyciągamy wnioski, które czynią nas silniejszymi, mądrzejszymi i bardziej świadomymi. Kryzys zazwyczaj staje się początkiem całkowitego przewartościowania życia, naszej własnej rewolucji. To proces, który nie dzieje się z dnia na dzień. Budujemy siebie i swoją codzienność krok po kroku – stąd właśnie bierze się nasza osobista r-ewolucja.
Wciąż funkcjonuje przekonanie, że stawianie siebie na pierwszym miejscu jest przejawem egoizmu. Jak, jako ekspertka w obszarze dobrostanu kobiet, rozbraja Pani ten mit?
To prawda, często słyszę to nawet od bliskich koleżanek. A przecież nie przyszłyśmy na świat tylko po to, by służyć innym. Jeśli same o siebie nie zadbamy, jak możemy oczekiwać tego od świata? W naszym własnym życiu to my jesteśmy najważniejszymi osobami.
Czego chcemy nauczyć nasze dzieci – życia w wiecznym poświęceniu? W samolocie, w razie awarii, najpierw zakładasz maskę tlenową sobie, a dopiero potem dziecku. Nie nauczysz też nikogo pływać, jeśli sama nie potrafisz utrzymać się na wodzie. Jeśli chcemy wychować szczęśliwych dorosłych, pokażmy im, że dbanie o siebie to nie przywilej, lecz absolutna podstawa. Mamy jedno życie – wykorzystajmy je dla siebie.
Dużo mówi Pani o sile wspólnoty kobiet. Z czego wynika terapeutyczna i rozwojowa wartość kobiecego wsparcia w procesie wychodzenia z kryzysu?
Żyjemy w społeczeństwie, w którym patriarchat wciąż jest silnie obecny na wielu płaszczyznach – od struktury zarobków po podział obowiązków domowych. Mężczyźni, ze względu na inne uwarunkowania społeczne i kulturowe, rzadziej doświadczają specyficznego ciężaru, jakim jest mental load. Dlatego to właśnie w kobiecym kręgu znajdujemy porozumienie, które nie wymaga zbędnych wyjaśnień.
Terapeutyczna moc takich grup polega na zjawisku powszechności doświadczenia. Kiedy słyszysz historię innej kobiety, która czuje to samo co Ty, Twoje poczucie winy i wstydu zaczyna topnieć. Przestajesz myśleć: „Coś jest ze mną nie tak”, a zaczynasz rozumieć: „To, co czuję, jest naturalną reakcją na nienaturalne obciążenie”. Historie kobiet, które przeszły przez ciemną dolinę i wyszły z niej silniejsze, działają jak żywy dowód na to, że zmiana jest możliwa. To tam „ja” zamienia się w „my”, co daje niesamowitą siłę do działania.
Właśnie taką bezpieczną przystanią jest międzynarodowe stowarzyszenie „Odważne Kobiety”, do którego należę. To dynamiczna organizacja non-profit, której fundamentem jest wzajemne wsparcie, edukacja i wzmacnianie sprawstwa kobiet w każdej sferze życia – od zawodowej po osobistą. Działamy jako inkubator odwagi: uczymy się od siebie nawzajem stawiania granic i głośnego mówienia o własnych potrzebach. Dla kobiet na życiowym zakręcie stowarzyszenie jest miejscem, gdzie mogą odzyskać głos i zacząć świadomie budować swoją przyszłość, korzystając z doświadczenia innych liderek, które swoją „r-ewolucję” mają już za sobą.
Gdyby miała Pani wskazać jedną rzecz, którą każda kobieta powinna dziś zrobić dla swojego dobrostanu psychicznego – co by to było i dlaczego właśnie to?
Zatrzymaj się i zacznij siebie słuchać. Naprawdę siebie usłysz. Brzmi to prosto, ale w świecie pełnym powiadomień i cudzych oczekiwań usłyszenie własnego głosu to dziś akt najwyższego buntu. Często spotykam kobiety w wieku 35, 45, a nawet 50 lat, które z przerażeniem odkrywają, że tak naprawdę bardzo mało o sobie wiedzą. Niby znamy swoje ulubione potrawy czy rozmiar buta, ale nasza prawdziwa esencja – to, co nas zasila, jakie mamy uśpione talenty i co naprawdę sprawia nam frajdę – pozostaje nieuświadomione. Ta wiedza jest w nas, ale śpi pod warstwami narzuconych ról społecznych.
Proces coachingowy, który prowadzę, nie jest zbiorem „motywacyjnych gadek”. To głęboka, rzetelna praca na Twoich zasobach i potencjale, która pomaga zdjąć narzucone przez lata ograniczenia. Coaching to swego rodzaju budzenie uśpionych możliwości. Pozwala wydobyć na światło dzienne to, co w nas najlepsze, a o czym zapomniałyśmy w biegu między pracą a domem. Żaden poradnik nie da Ci takiej wartości, jak moment, w którym po raz pierwszy od dawna stajesz po swojej własnej stronie i z ciekawością odkrywasz: „A więc to taka jestem! To jest moja siła!”.
Twoja r-ewolucja zaczyna się od jednej szczerej rozmowy ze sobą. Nigdy nie jest za późno, by zacząć tę znajomość od nowa i świadomie zdecydować, jak chcesz przeżyć resztę swojego życia. Nikt nie wie lepiej niż Ty, co jest dla Ciebie dobre – ja tylko pomagam Ci znaleźć do tej wiedzy klucz.
Wywiadu udzieliła: Agnieszka Droździok – mimo zawodowego sukcesu w prestiżowych miejscach, doświadczyła głębokiego kryzysu i wypalenia. Po latach codziennego lęku i poczucia braku sensu przeszła przez trudną drogę depresji i odzyskała wewnętrzną równowagę. Dziś wykorzystuje swoje doświadczenia, tworząc markę opartą na autentyczności i wspierając kobiety w odnajdywaniu siebie oraz odbudowie poczucia sprawczości. W swojej pracy pokazuje, że kryzys nie jest końcem świata, a naturalne talenty i kobieca odwaga mogą stać się punktem zwrotnym w życiu zawodowym i osobistym.
Więcej informacji o działaniach Agnieszki znajdziesz na Instagramie i Facebooku.


