Sukces bez równowagi to tylko przystanek w drodze do wypalenia – Wywiad z Moniką Kot-Pryszczewską
Przez lata budowała zawodowy sukces, aż ciało zaczęło wysyłać sygnały, których nie mogła już ignorować. Dziś Monika Kot-Pryszczewska wspiera kobiety w odzyskiwaniu sprawczości, pewności siebie i życia w zgodzie ze sobą. W rozmowie opowiada o własnej transformacji, pracy z podświadomością oraz o tym, dlaczego prawdziwy sukces nie powinien kosztować zdrowia, spokoju i utraty siebie.
Redakcja: Pani zawodowa droga łączy rozwój osobisty, coaching, terapię i biznes. Co było momentem, w którym zdecydowała Pani, że chce wspierać inne kobiety właśnie w obszarze transformacji i odkrywania potencjału?
Monika Kot-Pryszczewska: Momentem przełomowym była moja własna transformacja – głęboka podróż do siebie i odkrycie, jaka jest moja prawdziwa misja życiowa. Będąc współwłaścicielką agencji marketingowej, chciałam pogłębić swoją wiedzę z kompetencji miękkich, aby lepiej zarządzać pracownikami. W tym celu zapisałam się do Szkoły Coachingu, Terapii i Doradztwa w Instytucie Liderów Zmian. Paradoksalnie okazało się, że zarządzanie owszem, jest moją mocną stroną, ale nie moim talentem.
W czasie edukacji i własnych procesów odkryłam, co jest naprawdę moje. To był czas, kiedy odnalazłam własny sens: co daje mi prawdziwą radość, w czym jestem naprawdę dobra i jakie mam predyspozycje. Odkryłam, że moim prawdziwym talentem jest słuchanie, pomaganie, wspieranie i rozwój ludzi. Momentem przełomowym było nie tylko odkrycie tych talentów, ale też nauczenie się, jak w pełni z nich korzystać.
Zrozumiałam, że moim powołaniem jest pomagać innym kobietom odkrywać drogę do ich prawdziwego i autentycznego życia, aby mogły wydobyć z wnętrza siebie swoją sprawczość, radość i wolność. Nie wydarzyło się to z dnia na dzień — był to efekt stopniowego odkrywania najpierw tego, co przychodzi mi z łatwością, a następnie wydobywania własnych zasobów – zarówno tych oczywistych, jak i głębiej ukrytych.
W mojej transformacji i dojściu do siebie bardzo pomogła mi praca z podświadomością. Dzięki głębokim procesom pozamykałam to, co było niedomknięte lub przejęte z przeszłości, i przekułam to w działanie na przyszłość. Można powiedzieć, że zaopiekowałam się swoimi lękami, cieniami i „trupami w szafie”. Przepracowałam swoje emocje i nauczyłam się nimi zarządzać. Dzięki pracy z podświadomością dokopałam się też do zasobów, o których dawno zapomniałam albo nie miałam do nich dostępu. Przepracowałam również ograniczające przekonania, które wcześniej nie pozwalały mi na dalszy rozwój i wewnętrzną akceptację.
Kluczem do poznania siebie było uświadomienie sobie moich wartości życiowych. Punktem wejścia w ten proces stał się jednak moment totalnego przeciążenia zawodowego. Byłam bardzo ambitna, dużo od siebie wymagałam, pracowałam ponad normę i na co dzień wydawało mi się, że wszystko idzie znakomicie. Na zewnątrz wyglądało to jak sukces. W środku moje ciało zaczęło dawać mi sygnały, których nie mogłam już ignorować: plamy na skórze, niezidentyfikowane bóle, bezsenność. Zapłaciłam za ten sukces zdrowiem i zrozumiałam, że to nie jest droga, którą chcę iść.
Nie pojechałam w Bieszczady, nie rzuciłam biznesu. Weszłam na ścieżkę własnego rozwoju: nauczyłam się słuchać swojego ciała, zarządzać emocjami, zmieniałam sposób myślenia na wspierający. Zbudowałam to, co dziś jest dla mnie fundamentem: życie w równowadze, bez rezygnowania z ambicji, ale też bez niszczenia siebie w ich imię. Można powiedzieć, że ujarzmiłam swoje ego. Przestałam się krytykować, porównywać do innych i oceniać siebie. I właśnie dlatego dziś towarzyszę kobietom, które mają na zewnątrz wszystko, a w środku wiedzą, że coś jest nie tak. Które osiągnęły sukces, ale za cenę, której już nie chcą płacić.
Sama przeszła Pani dużą zmianę – od pracy na etacie do prowadzenia własnych firm. Jakie były największe wyzwania podczas tej zawodowej transformacji?
Największym wyzwaniem przy każdej zmianie jest pokonanie strachu. To zupełnie naturalne. Z biologicznego punktu widzenia jesteśmy uwarunkowane do tego, żeby strach nas chronił. Problem pojawia się wtedy, gdy pozwolimy, aby to właśnie strach kierował naszymi decyzjami. Wtedy nie idziemy do przodu. Zostajemy w tym, co nazywam pozorną strefą komfortu – miejscu, które daje złudne poczucie bezpieczeństwa, ale w rzeczywistości usypia nas i nie pozwala się rozwijać ani poczuć prawdziwego spełnienia.
Oczywiście ja też nie byłam wolna od strachu i lęku. Decyzję o odejściu z etatu podjęłam, nie mając żadnych oszczędności. Dołączyłam do firmy męża, która była na skraju bankructwa, chociaż wcześniej żyliśmy głównie z mojej pensji. Przy tym mieliśmy na utrzymaniu dwójkę małych dzieci. Tę decyzję podjęłam właśnie dla nich. To był moment, w którym musiałam wybierać pomiędzy byciem z córką w czasie jej poważnej operacji a targami, na które kierował mnie szef. Nigdy więcej w życiu nie chciałam być stawiana przed takim wyborem.
Decyzja była bardzo trudna, wymagała odwagi, ale nigdy jej nie żałowałam. Mimo że nie było łatwo, był to początek mojej drogi budowania życia na własnych zasadach. Mogłam w pełni realizować swoje wartości: niezależność, kreatywność i samodzielność. Mogłam uczyć się tego, co mnie interesuje, a nie tego, co wypada. To pozwoliło mi na ogromny skok w moim rozwoju.
Drugim poważnym wyzwaniem jest zwykle opór otoczenia. Często musimy zmierzyć się nie tylko z własnym wewnętrznym krytykiem, lecz także z głosami rodziny i znajomych: „Po co Ci to?”, „Inne mają gorzej”, „Ciesz się tym, co masz”. Takie komunikaty potrafią bardzo skutecznie hamować zmianę. W moim przypadku było podobnie. Dzięki temu nauczyłam się słuchać głosu własnej intuicji, a o efektach swoich decyzji informować dopiero po fakcie.
Podsumowując: największym wyzwaniem przed jakąkolwiek transformacją jest nauczenie się radzenia sobie z krytykiem wewnętrznym, który sabotuje nasze działania, i z krytykiem zewnętrznym, który podważa naszą wartość. Na szczęście istnieją konkretne sposoby, żeby się z nimi zmierzyć i odzyskać wpływ na swoje życie.
W swojej pracy pomaga Pani kobietom przełamywać ograniczenia i budować odwagę do zmian. Czy Pani również miała momenty zwątpienia lub lęku przed nowym etapem zawodowym?
Tak. Uważam, że to zupełnie normalne. Zawsze staram się dopuścić strach do siebie i przyjrzeć mu się uważnie: przed czym chce mnie chronić i skąd pochodzi. Pojawienie się lęku to często oznaka pokory. Działanie zupełnie bez strachu może być wyrazem nadmiernego ego.
W moim przypadku przesunięcie uwagi i koncentracji z zarządzania naszą agencją marketingową na budowę własnego biznesu coachingowo-terapeutycznego było dużą blokadą. Agencję budowałam praktycznie od początku, zarządzałam nią, wypracowałam standardy i procesy. Decyzja o budowie własnego biznesu coachingowego była trudnym momentem. Musiałam oddać zarządzanie w inne ręce, oddelegować wiele elementów, którymi do tej pory sama się zajmowałam. Musiałam pokonać syndrom Zosi Samosi, bo przecież „nikt nie zrobi tego tak dobrze jak ja”.
Ważna była też nauka zaufania do innych i przekazywania odpowiedzialności. Pojawiały się obiekcje: czy jestem wystarczająco dobra, czy dam radę, czy to już właściwy moment? No i najważniejsze – strach przed wystąpieniami publicznymi, które były niezbędne przy kreowaniu marki osobistej.
Czasami warto po prostu „bać się i robić” – iść do przodu mimo niepewności. Jednak gdy lęk nas paraliżuje i nie rozumiemy jego istoty, oznacza to zwykle, że rządzą nami ograniczające przekonania, schematy wyniesione z domu lub niedomknięte tematy z przeszłości. Wtedy konieczna jest praca na głębszym poziomie, uwolnienie tych blokad. W takich momentach zawsze zadaję sobie jedno pytanie: czy chcę, żeby moje życie wyglądało tak samo za trzy lata? Każdy mały krok przybliża nas do celu szybciej, niż nam się wydaje. Najgorzej jest zatrzymać się i powiedzieć sobie: „Tak musi być, taki mój los”. To decyzja, której naprawdę żałują kobiety, z którymi pracuję.
Jakie kompetencje lub cechy uważa Pani dziś za kluczowe w budowaniu własnej marki i kariery zgodnej z wartościami?
Fundamentem jest samoświadomość – zarówno siebie, jak i swojego biznesu. Bez niej trudno podejmować decyzje w zgodzie z tym, co naprawdę ważne. Dziś niezbędna jest też odporność psychiczna i umiejętność reagowania na zmiany, a to oznacza przede wszystkim uwolnienie się od wewnętrznych ograniczeń i blokad. Ważne jest nastawienie na rozwój, gotowość do nauki i autentyczna ciekawość – zarówno wobec nowych możliwości, jak i wobec drugiego człowieka. Nie da się budować marki osobistej bez szczerego pragnienia pomagania innym. Jednocześnie trzeba umieć także przyjmować pomoc, a to wymaga odwagi.
Żeby budować markę w zgodzie z wartościami, trzeba je najpierw poznać, a co ważniejsze – stosować w codziennych decyzjach i działaniach. Wartości nie mogą być tylko deklaracją na stronie internetowej. Muszą przekładać się na to, jak prowadzimy spotkania, jak traktujemy klientów i jak wyznaczamy granice.
Do kluczowych cech dodałabym: odwagę, wewnętrzny spokój, spójność ze sobą, konsekwencję w działaniu, uważność na siebie i innych, szacunek oraz autentyczność. Oraz coś, o czym rzadko się mówi: umiejętność znajdowania równowagi między realizacją celów a własnym dobrostanem. Marka budowana kosztem zdrowia i szczęścia nie jest sukcesem. To tylko droga do wypalenia w lepszym opakowaniu.
Wiele kobiet czuje się zawodowo „zablokowanych”. Jak rozpoznać moment, w którym warto zawalczyć o zmianę zamiast tkwić w miejscu?
Ten moment zazwyczaj jest rozpoznawany. Problem polega na tym, że przez lata uczymy się go ignorować. Wmawiano nam lub same sobie wmawiamy, że „tak ma być”. Pierwszym sygnałem jest ciało. Złe samopoczucie, nawracające choroby, chroniczne zmęczenie, niechęć do wstawania rano – to nie są „słabości”. To komunikaty. I co ważne: często dotyczą kobiet, które z zewnątrz wyglądają jak ucieleśnienie sukcesu. Mają wyniki, stanowisko, uznanie. A w środku ciągły deficyt energii, radości i siebie samej. Intuicyjnie czujesz, że coś jest nie tak, nawet jeśli nie umiesz tego nazwać. Przestajesz czuć radość i motywację.
Polecam raz na kwartał zadać sobie szczere pytania: czy zachowuję spójność między moją osobowością, wartościami, decyzjami i działaniami? Czy chcę, żeby moje życie wyglądało tak samo za rok lub dwa lata? Co powiem sobie u schyłku życia – czy będę żałować, że nic nie zrobiłam, nic nie zmieniłam, że pokonał mnie strach? Jaką postawę chcę przekazać swoim dzieciom? Jeśli odpowiedzi bolą, to jest właśnie ten moment. Nie na panikę, ale na uważność i odwagę, żeby zacząć działać.
Łączy Pani świat biznesu i pracy z podświadomością. Jak te dwa obszary wzajemnie się uzupełniają w osiąganiu sukcesu zawodowego?
Powiem wprost: te obszary się nie uzupełniają. One są jednością. Niezależnie od tego, czy pracujesz na etacie, czy prowadzisz własną firmę, podświadomość jest Tobą. To ona odpowiada za większość Twoich decyzji. Szacuje się, że aż 95% wyborów, które podejmujemy, pochodzi z poziomu nieświadomego. Tylko 5% to logika i świadomy umysł. Podświadomość dba o nas na podstawie informacji, których dostarczyłyśmy jej w przeszłości. Jeśli w szkole doświadczyłaś krytyki, teraz możesz bać się wystąpień publicznych. Nie dlatego, że jesteś słaba, ale dlatego, że Twoja podświadomość próbuje Cię chronić.
Przez lata funkcjonowałam w przekonaniu, że sukces zawodowy to kwestia strategii, narzędzi i wytrwałości. I to prawda, ale tylko połowa prawdy. Druga połowa dzieje się właśnie poniżej poziomu świadomości. Pracuję z kobietami, które mają wszystko: kompetencje, doświadczenie, ambicję. A mimo to stoją w miejscu. Sabotują własne decyzje, wycofują się tuż przed przełomem. Gdy pytam: „Dlaczego?”, słyszę: „Nie wiem. Po prostu tak wychodzi”. To nie jest brak silnej woli. To podświadomość, która ma swój własny plan.
Moja praca polega na tym, żeby pogodzić te dwa głosy: świadome „chcę więcej” i podświadome „ale czy na pewno zasługujesz?”. Gdy działanie w biznesie płynie z wewnętrznej spójności, a nie z ciągłego pokonywania samej siebie, wyniki przychodzą szybciej i są trwalsze. I co równie ważne: nie niszczy Cię to po drodze. Można osiągać cele i jednocześnie żyć w harmonii ze sobą. Nie jako kompromis, ale jako jedyna trwała droga do sukcesu.
Jak zmieniło się Pani podejście do sukcesu i spełnienia zawodowego na przestrzeni lat?
Zmieniło się fundamentalnie i to właśnie ta zmiana stała się osią mojej pracy z kobietami. Kiedyś myślałam tak, jak myśli większość ambitnych kobiet: sukces to wyniki. Dobre stanowisko, wysokie zarobki, kolejny projekt, kolejny cel, kolejny poziom. Goniłam. Osiągałam. I goniłam dalej. Na zewnątrz wszystko wyglądało znakomicie. W środku byłam wyczerpana. Moje ciało w końcu powiedziało „stop” głośniej, niż mogłam to ignorować. To był moment, który zmienił wszystko. Zrozumiałam, że osiągnęłam sukces, ale zapłaciłam za niego zdrowiem, spokojem i przez długi czas sobą samą. I że to nie jest sukces. To pułapka, w którą wpadamy, gdy mylimy osiągnięcia z wartością własnego życia.
Dziś moja definicja sukcesu jest zupełnie inna. Sukces to życie w równowadze – świadome, pełne, na własnych zasadach. To świadomość, że mogę zdecydować, czy iść do biura, czy zostać w domu, że mogę rano poczytać książkę, zamiast zrywać się o szóstej. W końcu to możliwość realizacji mojej wizji pracy z dowolnego miejsca na świecie czy wyjazdu na urlop sześć razy w roku. Sukces to dla mnie odblokowany potencjał – ten, który zawsze we mnie był, ale przez lata pozostawał uśpiony pod warstwą przeciążenia. To wewnętrzna siła, możliwość decydowania o sobie i spokój w głowie. To życie, którym chcesz żyć, a nie życie, które przeżywasz w biegu. Pracuję teraz z kobietami, które są dokładnie tam, gdzie kiedyś byłam ja: mają sukcesy, kompetencje i wyniki, a jednocześnie czują, że coś tracą. Że ten model ma swoją cenę. I że chcą czegoś innego. Nie mniej. Inaczej.
„Balance is life, life is joy.” To nie jest slogan. To lekcja, którą przeszłam na własnej skórze i którą dziś przekazuję dalej.
Tytuł „Osobowość Roku iKobiece 2026” to inspiracja dla innych kobiet. Jakie przesłanie chciałaby Pani przekazać kobietom, które marzą o zmianie zawodowej, ale boją się zrobić pierwszy krok?
Powiem coś, o czym nikt nie mówi na początku kariery: sukces bez równowagi to nie jest cel. To przystanek w drodze do wypalenia. Wiele kobiet, z którymi pracuję, osiągnęło naprawdę wiele. Mają doświadczenie, wyniki i uznanie. A jednocześnie noszą w sobie ciche, narastające poczucie, że coś jest nie tak. Że cena, którą płacą – zmęczenie, napięcie, poczucie, że wiecznie za czymś gonią – jest po prostu za wysoka. Że gdzieś po drodze zgubiły siebie. Jeśli się w tym rozpoznajesz, to nie jest oznaka słabości. To sygnał dojrzałości. Twój wewnętrzny kompas mówi Ci, że czas zbudować coś trwalszego.
Moja rada dla kobiet, które stoją przed zmianą, jest taka: nie zaczynaj od CV, stanowiska ani strategii marketingowej. Zacznij od środka. Zacznij od pytania: jakiego życia naprawdę chcę? Nie jakiej kariery, tylko jakiego życia. Bo zmiana zawodowa, która nie jest zakorzeniona w odpowiedzi na to pytanie, bardzo szybko przynosi nowe wyczerpanie w nowym miejscu. Pracuj nad swoim wewnętrznym oporem – lękiem, przekonaniami, które mówią: „nie zasługujesz”, „to zbyt wiele”, „najpierw skończ to, tamto i owo”. Rozwijaj siebie, swoje cechy, emocje, mentalność i kompetencje. Potem ucz się komunikacji i strategii. I działaj mądrze: pracuj mniej, ale głębiej i w zgodzie ze sobą. Równowaga nie jest nagrodą za sukces. Równowaga jest warunkiem, żeby ten sukces przetrwał i dawał Ci radość. Efekty mają źródło w Tobie. Jakakolwiek zmiana i jakikolwiek sukces zaczynają się w Twoim umyśle i w Twoim wyborze, żeby żyć w zgodzie ze sobą.
Bój się i rób. Ale rób to tak, żeby nie musieć się od tego później leczyć.


