Jak poradzić sobie z życiowym kryzysem? Poruszająca historia Moniki Piotrowskiej-Wegner

Czasem jedno wydarzenie potrafi zmienić całe życie. Dla Moniki Piotrowskiej-Wegner takim momentem był poród ukochanego syna, po którym zaczęła się wieloletnia walka o zdrowie i życie. W szczerej rozmowie opowiada o diagnozie wodogłowia, codziennym bólu, strachu o rodzinę, ale także o sile, dzięki której od ponad trzydziestu lat nie przestaje iść naprzód.

Redakcja: Kiedy po raz pierwszy poczułaś, że coś jest nie tak z Twoim zdrowiem po porodzie? Czy intuicyjnie wiedziałaś, że to coś poważniejszego niż zwykłe zmęczenie młodej mamy?

Monika Piotrowska-Wegner: Zmęczenie młodej mamy to normalny stan, że tak powiem. Ze mną działo się coś innego. Zaczęły się pojawiać bóle głowy tak silne, że nie byłam w stanie wstać z łóżka, a „wypionowanie” kończyło się torsjami. Wracam myślami do tamtych dni. Zaczęło się to kilka miesięcy po porodzie. Mój syn przyszedł na świat w styczniu, a gdy zauważyłam pierwsze niepokojące objawy, na dworze robiło się już przyjemnie ciepło. Wizyta u lekarza wskazywała na migreny, ale „mądra sowa” we mnie kazała zgłębić temat i sama wykluczyłam migrenę. Moje bóle miały charakter ciągły, o różnym natężeniu, a nie pojawiały się cyklicznie, jak w przypadku migren bywa. Już wtedy zaczęłam podejrzewać, że to może być coś poważniejszego.

Wspominasz poród jako jedno z najtrudniejszych doświadczeń w swoim życiu. Jak dziś, z perspektywy czasu, patrzysz na tamte wydarzenia i opiekę, którą otrzymałaś?

Sądzę, a nie jestem już młodą osobą i swoje przeżyłam, że poród faktycznie był jednym z najtrudniejszych doświadczeń. Kobiety różnie to wspominają i różnie do tego wydarzenia podchodzą. Z reguły mówią, że szybko ten dzień się zapomina, chodzi oczywiście o ból. Nie w moim przypadku. Poród syna, mojego jedynego dziecka, wspominam często i jest to takie wydarzenie, które wryło się w moją pamięć i psychikę na zawsze. Nie mam pojęcia, jak wygląda opieka medyczna w tej chwili na porodówce, ale wówczas, 34 lata temu, był to prawdziwy koszmar. Nie umiałabym wskazać choćby jednej osoby, która zasługiwałaby na małą pochwałę. Zero empatii, zero zainteresowania.

Jak zareagowałaś, gdy usłyszałaś diagnozę wodogłowia i informację, że bez operacji choroba może zakończyć się tragicznie?

Diagnoza przypadła na lata 1992–1993. To też nie było takie proste. Stutysięczne miasto, w którym nie było wówczas tomografu komputerowego, rezonansu magnetycznego i nawet nie można było wykonać USG Dopplera. Wszędzie, na każde badanie, musiałam jeździć do większych miast, więc na diagnozę również musiałam czekać. Pamiętam, że gdy już miałam komplet wszystkich wyników, weszłam do gabinetu mojego lekarza, a on na mnie spojrzał. W jego oczach wyczytałam, że to nie będą dobre wieści. I faktycznie powiedział: „Nie jest dobrze”. Później spokojnie wszystko, jak dziecku, mi wytłumaczył. Słuchałam. Po wyjściu rozpłakałam się.

Czy był moment, w którym ogarnął Cię lęk o przyszłość, o siebie, swoje dziecko i rodzinę? Jak sobie z nim poradziłaś?

Jak wcześniej wspomniałam, urodziłam w styczniu 1992 roku, a pierwszą operację miałam we wrześniu 2000 roku. Nie z mojego wyboru. Wtedy były inne metody tego zabiegu, podobno ryzykowne. Nie było chętnego lekarza, nawet w klinice w Łodzi, żeby taką operację wykonać. W tym czasie moje samopoczucie znacznie się pogorszyło. Pojawiły się omdlenia z utratą przytomności oraz trwałe uszkodzenie pola widzenia. Już nie można było odwlekać, operacja była koniecznością, bo groziła mi ślepota. Nie było dnia, żebym nie martwiła się o swoją rodzinę, ale najbardziej o synka. Radzenie sobie z chorobą nie było i nie jest łatwe.

Przeszłaś dwie operacje głowy. Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas leczenia i rekonwalescencji?

Jestem po dwóch operacjach głowy. Pierwsza, w 2000 roku, uratowała mi życie i wzrok. Druga odbyła się pewnej wrześniowej nocy siedemnaście lat później, bo zastawka przestała działać, i była to operacja ratująca życie. Gdy mąż wiózł mnie do szpitala, byłam nieprzytomna, a odzyskałam przytomność dopiero po operacji. Czy można powiedzieć, że coś było łatwe, a coś trudne? Czy da się to jakoś stopniować? Wszystko jest trudne. Każdy dzień jest wyzwaniem. Nie ma dnia bez bólu.

Jak choroba zmieniła Twoje podejście do życia, codziennych problemów i planów na przyszłość?

Myślę, że nie będę oryginalna. Choroba zmienia człowieka. Zmienia jego podejście do życia i do innych ludzi. A przede wszystkim, w moim przypadku, zmieniła to, że niczego nie planuję. Nie mogę, bo nie mam daru jasnowidzenia. Nigdy nie wiem, jak będę się czuć, czy będzie mnie stać danego dnia na jakąkolwiek aktywność. Przyznam, że nauczyłam się żyć dniem dzisiejszym, jakby jutra miało nie być. I potrafię cieszyć się z drobiazgów. Niepotrzebne mi są wielkie czyny i olbrzymie rzeczy.

Wiele kobiet po diagnozie przewlekłej choroby ma poczucie, że tracą kontrolę nad swoim życiem. Czy Ty również przez to przechodziłaś?

Gdy zaczęłam chorować, moje dziecko było maleństwem, a ja miałam 26 lat. Trudno nie myśleć w takim momencie, że życie już się skończyło, że nic mnie już nie spotka. Najgorszy był ten pierwszy moment, dopóki nie wzięłam się w garść. Szczerze mówiąc, był moment, że zaczęłam się rozsypywać. Teraz jestem pewna, że gdyby nie moja wrodzona zdroworozsądkowość i wsparcie ze strony najbliższych mi osób, możliwe, że dzisiaj nie odpowiadałabym na te pytania.

Mówi się, że kryzysy często odkrywają w nas siłę, o której wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Jakie cechy charakteru pomogły Ci przetrwać najtrudniejsze chwile?

Nie bez przyczyny uchodzę za osobę dość silną. I chyba faktycznie taka jestem. Mam w sobie niesamowite pokłady siły, które pomogły mi przejść wcześniej, w dzieciństwie i wczesnej młodości, przez wiele bardzo trudnych i dramatycznych sytuacji. Traumy i praca nad nimi wypracowały we mnie tak potrzebne w przypadku choroby cechy charakteru.

Nie pracujesz obecnie na etacie, ale znalazłaś sposób na realizację swoich pasji. Jak narodził się pomysł na recenzowanie książek i co daje Ci ta działalność?

Jestem na rencie, ale pracować mogłabym. Jednak nie znalazł się nikt chętny do zatrudnienia takiej osoby. Kiedyś nawet usłyszałam: „Zatrudniłbym panią, gdyby miała pani krótszą nogę, ale z głową to nie ma żartów”. Choroba nikogo nie dyskwalifikuje. Trzeba tylko chcieć. Ja zawsze dużo czytałam. W pewnym momencie zaczęłam prowadzić blog, a na nim pojawiły się opinie książek, które przeczytałam. W jakiś sposób zauważyło mnie jedno wydawnictwo, później drugie i kolejne. W szczytowym momencie współpracowałam z ponad trzydziestoma, ale to dopiero było wyzwanie. Obecnie wybieram zarówno wydawców, jak i książki. Współpracuję także z autorami. Zdarza mi się na tym zarabiać. A poza tym po prostu to uwielbiam.

Rysowanie portretów ludzi i zwierząt stało się Twoją drugą pasją. Czy sztuka była dla Ciebie formą terapii i odzyskiwania wewnętrznej równowagi?

Rysowanie towarzyszyło mi od najmłodszych lat. To talent, który „odziedziczyłam” po dziadku i ojcu. Trzeba go było tylko rozwijać. Niektórzy śmieją się, że moje drugie biurko wygląda jak stół dziecka: papier, kredki, ołówki… Może i wygląda, jakbym się bawiła, ale to naprawdę niełatwa praca. Daje mi sporo przyjemności i ogromnej satysfakcji, że są osoby, które chcą mieć portret mojego autorstwa u siebie na ścianie i jeszcze mi za to płacą. Jestem osobą, dla której sztuka zawsze była ważna i świetnie czuję się w pracach manualnych.

Jak wygląda dziś Twoja codzienność? Czy nauczyłaś się żyć w zgodzie z ograniczeniami, które narzuca choroba?

Po tylu latach z chorobą można się już do niej przyzwyczaić. Nie jest łatwo, ale trzeba jakoś dawać radę. Codzienny ból nie ułatwia życia i nie da się funkcjonować jak każdy zdrowy człowiek. Ale żyję, chodzę, pracuję w swoim tempie i rytmie, widzę! Do końca życia jestem skazana na wizyty u lekarzy, badania, kontrole, a nawet operacje oraz na przyjmowanie garści leków każdego dnia. Ale jest to warte jednego: oglądania własnymi oczami, jak każdego dnia wschodzi słońce.

Co chciałabyś powiedzieć kobietom, które właśnie usłyszały trudną diagnozę albo przechodzą przez życiowy kryzys i nie widzą jeszcze światła na końcu tunelu?

To chyba najtrudniejsze pytanie, choć każde z nich było na swój sposób trudne. Bo ciężko być mądrą dla kogoś i za kogoś. Trzeba być mądrą i dzielną dla siebie. Jednak najtrudniejsze jest znalezienie w sobie siły do walki z przeciwnościami i z chorobą. Nie poddawać się. Bo nie ma sytuacji bez wyjścia. Należy pamiętać, że nawet najbardziej skomplikowana sytuacja, która wydaje się beznadziejna, również ma swoje rozwiązanie. Trzeba próbować i nie załamywać się. Postarać się mieć wokół siebie życzliwych ludzi, na których można liczyć i którzy będą dla nas wsparciem.


Wywiadu udzieliła: Monika Piotrowska-Wegner Jest kobietą, która od ponad trzech dekad żyje z wodogłowiem będącym konsekwencją dramatycznego porodu. Przeszła dwie operacje głowy, które uratowały jej życie i wzrok, a mimo codziennego bólu nie straciła siły do walki i radości życia. Choroba nauczyła ją doceniać każdy dzień oraz czerpać szczęście z małych rzeczy. Swoją pasję do książek przekuła w recenzowanie literatury, a drugą miłością stało się rysowanie portretów ludzi i zwierząt. Dziś inspiruje innych swoją historią, pokazując, że nawet po najtrudniejszych doświadczeniach można odnaleźć sens, pasję i wewnętrzną siłę.

Więcej informacji o działaniach Moniki znajdziesz na Instagramie TUTAJ i TUTAJ.

Fot. Unsplash

iKobiece.pl
Author: iKobiece.pl