Dlaczego kobiety wciąż stawiają innych na pierwszym miejscu? Wywiad z Asią Charkiewicz
Czytasz książki o rozwoju osobistym, słuchasz podcastów, znasz zasady asertywności i stawiania granic, a mimo to wciąż odkładasz siebie na później? Coraz więcej kobiet ma świadomość swoich potrzeb, ale nadal żyje w napięciu, przeciążeniu i poczuciu odpowiedzialności za wszystkich wokół. O tym, dlaczego sama wiedza nie wystarcza do zmiany oraz jak zacząć naprawdę być po swojej stronie, rozmawiamy z Asią Charkiewicz – mentorką kobiet i autorką programu „Być po swojej stronie”.
Redakcja: Coraz więcej kobiet interesuje się rozwojem osobistym, terapią i pracą nad sobą. Skąd więc bierze się paradoks, że mimo ogromnej świadomości nadal tak trudno nam być po swojej stronie?
Asia Charkiewicz: Kilka lat temu potrafiłam przygotować budżet na kilka milionów złotych, przeprowadzić reorganizację firmy i podejmować decyzje, od których zależała praca wielu ludzi. Byłam Dyrektor Finansową. Jednocześnie nie potrafiłam odpowiedzieć na dwa bardzo proste pytania: „Czego dziś potrzebuję?” i „Co teraz czuję?”. Na pierwsze nie znałam odpowiedzi. Na drugie odpowiadałam: „Myślę, że jestem zmęczona”. Nawet własne emocje próbowałam analizować przez głowę. Właśnie tutaj kryje się odpowiedź na to pytanie.
Wiedza zmienia sposób myślenia, ale zazwyczaj nie zmienia schematu reagowania. Nie jest to tylko moje doświadczenie, bo dostrzegam ten paradoks na co dzień w mojej pracy. My kobiety mamy ogromną świadomość. Czytamy książki, słuchamy podcastów, uczestniczymy w szkoleniach, chodzimy na terapię. Wiemy, czym są granice, asertywność, samowspółczucie czy regulacja emocji. Jednak w realnym życiu kolejny raz mówimy: „Nieważne, zrobię to sama.” „Tak, zostanę po godzinach.” „Poczekam, aż u Ciebie się sytuacja uspokoi.” „Tak, wszystko u mnie w porządku.”
Z zewnątrz wszystko wygląda bardzo dobrze. Tylko że w środku coraz częściej gromadzą się zmęczenie, frustracja, niewypowiedziana złość i poczucie, że wszystko jest na naszych barkach. Widzę to na sesjach niezależnie od tego, czy rozmawiamy o relacjach, rodzinie czy pracy, bardzo często źródło problemu jest podobne: przez lata nauczyłyśmy się być w kontakcie z oczekiwaniami innych ludzi bardziej niż z samymi sobą. Dlatego jedno zdanie wybrzmiewa bardzo często: „Asia, ale ja to wszystko wiem. To dlaczego wciąż robię tak samo?”
Wiedza zmienia sposób myślenia, ale dopiero doświadczenie zmienia schemat reagowania. Dlatego w moim podejściu do zmiany, pierwszy krok to zauważenie. Moment, w którym uczciwie przyznajemy przed sobą: „Nie, nie wszystko jest w porządku.” Wiele z nas nie potrzebuje dziś więcej wiedzy. Potrzebuje odzyskać kontakt ze sobą i swoim ciałem. Właśnie od tego zaczyna się bycie po swojej stronie.
Wspomina Pani, że wiele kobiet żyje w ciągłym napięciu, nie zdając sobie już z tego sprawy. Jakie są pierwsze sygnały, że taki stan stał się naszą codziennością?
Jedno z moich ulubionych pytań brzmi: „Ile czasu w ostatnim tygodniu byłaś tylko dla siebie i ze sobą?” Bardzo często słyszę wtedy: „Mam teraz intensywny okres.” „Jeszcze tylko skończę ten projekt.” „Jeszcze tylko skończy się rok szkolny.” „Jeszcze tylko przeprowadzka.” „Jeszcze tylko…”
Bardzo dobrze znam ten mechanizm. Sama przez wiele lat tak funkcjonowałam. Mój kalendarz był wypełniony od rana do wieczora. Praca, dom, obowiązki, rozwój zawodowy, rodzina, znajomi. Wszystko było ważne. Wszystko miało sens. A ja byłam z siebie dumna, że daję radę. Tylko że po każdym urlopie wracałam do swojej codzienności i zastanawiałam się, czy wytrzymam do kolejnego. Dziś wiem, że to był jeden z sygnałów.
Napięcie jest bardzo podstępne. Rzadko zaczyna się od spektakularnego kryzysu. Najczęściej pojawia się po cichu i stopniowo staje się naszym normalnym sposobem funkcjonowania. Wolny weekend? Trzeba coś zaplanować. Przerwa między spotkaniami? Można załatwić kolejną sprawę. Wieczór bez obowiązków? Wreszcie jest czas, żeby nadrobić zaległości. I często nazywamy to dobrą organizacją.
Tymczasem pierwsze sygnały są dużo bardziej niepozorne. Coraz większa irytacja. Coraz mniej cierpliwości. Trudność z odpoczywaniem. Poczucie winy, kiedy nic nie robimy. Przekonanie, że każdą wolną chwilę trzeba produktywnie wykorzystać. Zaczynamy reagować mocniej na sytuacje, które kiedyś nie wywoływały w nas większych emocji. Dziecko po raz trzeci woła nas z drugiego pokoju i nagle czujemy złość nieproporcjonalną do sytuacji. Partner zadaje zwykłe pytanie, a w środku pojawia się myśl: „Czy naprawdę wszyscy czegoś ode mnie chcą?”. Wieczorem wreszcie możemy usiąść na kanapie, ale zamiast odpocząć, odruchowo sięgamy po telefon, bo trudno nam po prostu pobyć ze sobą.
Jest jeszcze jeden sygnał, który obserwuję coraz częściej. Nieustanna potrzeba bycia zajętą. Bo kiedy nic się nie dzieje, pojawia się niepokój. Wtedy warto zadać sobie bardzo proste pytanie: „Czy potrafię zatrzymać się teraz na pięć minut? Nie jutro. Nie w weekend. Nie na urlopie. Teraz.” Jeżeli sama myśl o tym wywołuje napięcie, warto się temu przyjrzeć. Pracując z kobietami, widzę, że wiele z nich trafia do mnie, bo od dawna funkcjonują w trybie przetrwania. Właśnie dlatego tak często mówię, że bycie po swojej stronie zaczyna się od zauważenia.
Dlaczego tak często potrafimy zadbać o wszystkich wokół, a własne potrzeby nieustannie odkładamy na później?
Ciekawa jestem, co zabrzmi znajomo: przyjaciółka dzwoni z problemem i od razu wiemy, co powiedzieć. Dziecko czegoś potrzebuje – reagujemy natychmiast. Partner ma gorszy dzień – zauważamy to po kilku sekundach. Ktoś w pracy prosi o pomoc – znajdujemy czas, nawet jeśli już go nie mamy. Potem ktoś zadaje nam bardzo proste pytanie: „A czego Ty potrzebujesz?”. I zapada cisza. Wiele kobiet zostało wychowanych w przekonaniu, że ich wartość jest związana z tym, ile dają innym. Że trzeba być dobrą córką, dobrą partnerką, dobrą matką, dobrą pracowniczką czy dobrą szefową. Bardzo wcześnie uczymy się zauważać potrzeby innych ludzi. Znacznie rzadziej uczymy się zauważać własne. Z czasem taki sposób funkcjonowania przestaje być świadomym wyborem. Staje się automatycznym schematem. I właśnie dlatego tak trudno go zmienić. Bo bardzo często pod spodem kryje się przekonanie, że kiedy jestem potrzebna, pomocna i niezawodna, wtedy zasługuję na miłość, uznanie albo poczucie bezpieczeństwa.
Moje doświadczenie pokazuje, że kobiety mają problem z troską o siebie. Z tym momentem, kiedy mogą zadbać o swój dobrostan. Wtedy często uruchamiają się pytania: „A co jeśli uznają mnie za egoistkę?”. „A co jeśli zawiodę czyjeś oczekiwania?”. „A co jeśli ktoś mnie oceni?”. „A co jeśli nie mam do tego prawa?”. Te pytania rzadko są wypowiadane na głos. Znacznie częściej działają gdzieś w tle i wpływają na codzienne decyzje. Dlatego dla wielu kobiet bycie po swojej stronie nadal kojarzy się z egoizmem. A przecież to nie oznacza stawiania siebie ponad innymi. Oznacza uwzględnianie siebie na równi z innymi. Właśnie tego, krok po kroku, uczę kobiety w swojej pracy.

Wiele kobiet zna teorię dotyczącą granic, asertywności czy poczucia własnej wartości. Dlaczego wiedza tak często nie przekłada się na działanie?
Może pamiętasz taki moment? Czytasz książkę o granicach i przy każdym rozdziale myślisz: „Dokładnie. Właśnie tak powinnam robić.” Słuchasz podcastu o asertywności i przytakujesz głową. Wysyłasz inspirujący cytat koleżance. A kilka dni później znowu mówisz: „Dobrze, zrobię to.”, „Nieważne, dam radę.”, „Nie szkodzi.” „Moje potrzeby mogą poczekać.” I wtedy pojawia się pytanie: „Skoro to wszystko wiem, to dlaczego wciąż robię tak samo?”. Między wiedzą a działaniem istnieje przestrzeń, o której mówi się zdecydowanie za rzadko. To przestrzeń lęku, emocji, przyzwyczajeń i automatycznych reakcji.
Doskonale pamiętam moment, kiedy sama miałam za sobą kolejne szkolenia, przeczytane książki i ogrom wiedzy. Potrafiłam tłumaczyć innym, czym są granice. A jednocześnie odbierałam służbowe telefony późnym wieczorem, odpisywałam na maile o drugiej w nocy, rezygnowałam z odpoczynku i przekonywałam siebie, że jeszcze dam radę. Problem nie polegał na tym, że nie wiedziałam. Wiedziałam, ale moje automatyczne reakcje działały szybciej niż wiedza. Jeżeli przez dwadzieścia, trzydzieści czy czterdzieści lat uczymy się stawiać innych przed sobą, taki sposób reagowania staje się czymś naturalnym. Nie analizujemy go. Po prostu działamy.
Wyobraźmy sobie kobietę, która po całym dniu jest zmęczona i marzy tylko o chwili spokoju. Wieczorem dzwoni przyjaciółka z kolejnym kryzysem. I choć wie, że potrzebuje odpoczynku, automatycznie odkłada siebie na bok. Nie dlatego, że nie zna teorii dotyczącej granic. Tylko dlatego, że w tym momencie uruchamiają się znacznie starsze mechanizmy. Lęk przed rozczarowaniem kogoś. Obawa przed oceną. Potrzeba bycia potrzebną. Przekonanie, że dobra przyjaciółka pomaga, nie odmawia i daje radę. Dlatego wiedza o granicach nie sprawia automatycznie, że następnym razem zachowamy się inaczej. Tego nowego zachowania trzeba się nauczyć. Trzeba zauważyć i zatrzymać się właśnie w tym krótkim momencie pomiędzy impulsem a decyzją i powiedzieć: „Rozumiem, że jest ci trudno, ale dziś nie przyjadę.” A potem wytrzymać dyskomfort, który się pojawi. I kolejny raz wybrać podobnie.
W swojej pracy najmniej skupiam się na dostarczaniu wiedzy. Tej mamy dziś pod dostatkiem. Znacznie bardziej interesuje mnie uchwycenie tego momentu, w którym kobieta może zauważyć: „Za chwilę znowu zrobię to, co zawsze.” Bo jeżeli potrafi zatrzymać się właśnie tam, odzyskuje możliwość wyboru. I moim zdaniem właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa zmiana. Nie od kolejnej książki. Nie od inspirującego cytatu. Nie od obietnicy, że od jutra wszystko będzie inaczej. Od jednego małego momentu, w którym wybieramy inaczej niż do tej pory. Bo wiedza zmienia sposób myślenia, ale dopiero doświadczenie zmienia schemat reagowania.
Czy to możliwe, że część decyzji, które uznajemy za własny wybór, w rzeczywistości wynika z głęboko zakorzenionych schematów i przekonań?
Tak, i myślę, że dzieje się to znacznie częściej, niż chcielibyśmy przyznać. Wiele rzeczy, które dziś nazywamy swoim charakterem albo świadomym wyborem, kiedyś było po prostu sposobem na przetrwanie, zdobycie akceptacji albo poczucie bezpieczeństwa. Spotykam kobiety, które mówią: „Po prostu taka jestem. Nie lubię prosić o pomoc.” „Po prostu wolę zrobić wszystko sama.” „Po prostu zawsze stawiam innych na pierwszym miejscu.” „Po prostu nie lubię zwracać na siebie uwagi.” A później zaczynamy przyglądać się tym przekonaniom bliżej. I okazuje się, że za tym „po prostu” często kryje się długa historia. Historia dziewczynki, która bardzo wcześnie nauczyła się być dzielna. Kobiety, która uwierzyła, że na miłość trzeba zasłużyć. Osoby, która odkryła, że najbezpieczniej jest nie sprawiać problemów i nie mieć zbyt wielu potrzeb.
Ja sama żyłam w przekonaniu, że wybieram życie na wysokich obrotach, bo lubię wyzwania i odpowiedzialność. Dopiero później zaczęłam dostrzegać, że pod częścią tych wyborów kryło się przekonanie, że wartość trzeba nieustannie potwierdzać osiągnięciami. Że trzeba zasłużyć na uznanie. To był moment, w którym zaczęłam rozumieć różnicę między świadomym wyborem a działaniem według starego schematu.
Temat przekonań dotyczy właściwie każdego obszaru naszego życia. Relacji. Pracy. Pieniędzy. Czasu. Wystarczy przez chwilę posłuchać własnych myśli. Bo za nimi często stoi określony sposób patrzenia na życie. Bo jeśli przez lata w coś wierzysz, najprawdopodobniej tego będziesz doświadczać. Dlatego czasami najważniejsze pytanie nie brzmi: „Dlaczego tak wybieram?” Ale: „Skąd nauczyłam się patrzeć na świat właśnie w ten sposób?” I jeszcze jedno: „Czy ten sposób patrzenia nadal mi służy?” W mojej pracy to jest etap zdemaskowania schematów. Nie po to, żeby z nimi walczyć lub żeby się ich pozbyć. Ale po to, żeby przestały kierować naszym życiem z tylnego siedzenia. Bo kiedy zaczynamy widzieć schemat, odzyskujemy siebie i możliwość wyboru.
W przestrzeni rozwojowej często słyszymy o spektakularnych przemianach i życiowych rewolucjach. Dlaczego uważa Pani, że prawdziwa zmiana zaczyna się znacznie wcześniej?
Ile spektakularnych historii o życiowych przemianach przeczytałaś ostatnio? Historii o rzuceniu pracy, zakończeniu wieloletniego związku, przeprowadzce na drugi koniec świata albo decyzji, która odmieniła całe życie? Dobrze się je czyta. Jest w nich odwaga, zwrot akcji i obietnica, że wszystko może się zmienić. Tylko że bardzo często pokazują ostatni rozdział historii, a nie jej początek. Są jak wierzchołek góry lodowej.
Widzimy spektakularną zmianę, ale nie widzimy miesięcy, a czasem lat, które doprowadziły do tego momentu. Tego coraz częściej pojawiającego się poczucia, że coś jest nie tak. Zmęczenia, którego nie chcemy zauważyć. Potrzeb odkładanych na później. Relacji, które przestają nam służyć. Cichego „pragnę”. Albo cichego „dość”. To właśnie tam najczęściej zaczyna się zmiana.
Sama mam w swojej historii momenty, które z zewnątrz mogą wyglądać jak wielkie życiowe zwroty. Wyjazd do Peru. Rezygnacja z dalszej kariery w finansach i zarządzaniu. Rozpoczęcie zupełnie nowego zawodowego rozdziału. Moja zmiana zaczęła się w chwili, kiedy po raz pierwszy przestałam ignorować sygnały, które od dawna próbowały zwrócić moją uwagę. Choć prawda jest taka, że przez wiele lat robiłam wszystko, żeby ich nie usłyszeć. Życie bardzo rzadko zaskakuje nas nagle. Najczęściej najpierw szepcze. Potem przypomina. A jeśli nadal nie słuchamy, zaczyna mówić coraz głośniej. Czasem poprzez wypalenie. Czasem poprzez kryzys. Czasem poprzez chorobę albo rozpad ważnej relacji. Dlatego dziś znacznie bardziej interesuje mnie moment, w którym kobieta po raz pierwszy usłyszy swoje ciche: „Pragnę.” Albo swoje ciche: „Dość.” Właśnie tam jest początek. Na długo przed tym, zanim zmiana stanie się widoczna dla świata.

Jakie codzienne zachowania najczęściej pokazują, że kobieta nie stoi po swojej stronie, choć może nawet nie zdaje sobie z tego sprawy?
To są drobne rzeczy, które powtarzają się każdego dnia. I właśnie dlatego tak łatwo je przeoczyć. Wypita piąta kawa, wody zero. Kolejny posiłek zjedzony w pośpiechu. Zarwana noc, bo trzeba było coś dokończyć. Ostatnie badania profilaktyczne zrobione kilka lat temu. Urlop? Nie pamiętasz, kiedy naprawdę odpoczywałaś. Albo jesteś na prywatnym spotkaniu po pracy. Dostajesz wiadomość od przełożonego, że coś trzeba zrobić natychmiast. Zamiast dokończyć rozmowę, szukasz spokojnego miejsca i otwierasz komputer. Ktoś prosi Cię o przysługę. Masz ochotę odmówić. A jednak słyszysz siebie mówiącą: „Jasne, zrobię to.” Kalendarz pęka w szwach. Jesteś zmęczona. Ale automatycznie dopisujesz kolejne zadanie do listy. Wieczorem marzysz o odpoczynku. A jednak najpierw zajmujesz się wszystkim i wszystkimi. Sobie obiecujesz, że odpoczniesz później. Po raz kolejny. Ktoś przekracza Twoją granicę. Coś Cię rani. Coś budzi sprzeciw. A Ty milczysz i przekonujesz siebie, że nie warto robić problemu. Że to nie jest takie ważne. Że lepiej odpuścić.
Widzę też coś jeszcze. To sposób, w jaki traktujemy same siebie. Popełniasz błąd i słyszysz w głowie: „Powinnaś była bardziej się postarać.” „Jak mogłaś do tego dopuścić?” „Znowu zawiodłaś.” Patrzysz w lustro i myślisz: „Nie ma we mnie niczego, co lubię.” „Nie znoszę swojego ciała.” Kończysz ważny projekt z sukcesem, a zamiast poczuć satysfakcję, mówisz sobie: „Miałam szczęście.” „To nie moja zasługa.” Wychodzisz ze spotkania i myślisz: „Ja się nie nadaję. Jestem beznadziejna”. To również są momenty niebycia po swojej stronie. Bycie po swojej stronie bardzo rzadko zaczyna się od wielkich deklaracji. Najczęściej zaczyna się w zwyczajnych codziennych sytuacjach. W sposobie, w jaki traktujemy siebie każdego dnia. W tym, czy własne potrzeby, granice i uczucia są dla nas równie ważne jak potrzeby, granice i uczucia innych ludzi.
Wspomina Pani o niemal niewidocznych momentach, w których decydujemy, czy wybierzemy siebie, czy stary schemat. Jak rozpoznać taki moment w codziennym życiu?
Myślę, że każda z nas była w takiej sytuacji. Telefon dzwoni. Na ekranie pojawia się imię osoby, która zwykle czegoś od Ciebie potrzebuje. I zanim jeszcze odbierzesz, przez ułamek sekundy czujesz coś w środku. Może lekkie napięcie. Może ścisk w brzuchu. Może zmęczenie. Może myśl: „A może nie odbiorę.” A kilka sekund później słyszysz siebie mówiącą: „Jasne, nie ma problemu, już do Ciebie jadę.” Właśnie o takich momentach mówię. O tych kilku sekundach, które pojawiają się pomiędzy impulsem a naszą automatyczną reakcją. Bo to właśnie tam ukrywa się możliwość wyboru.
Problem polega na tym, że większość z nas przez lata nauczyła się działać na autopilocie. Ktoś prosi – pomagamy. Ktoś czegoś oczekuje – dostosowujemy się. Pojawia się trudna emocja – zagłuszamy ją i idziemy dalej. W efekcie ten krótki moment pomiędzy bodźcem a reakcją staje się niemal niewidoczny. A jednak on istnieje. I bardzo często najpierw pojawia się w ciele. To może być ścisk w żołądku. Napięcie w barkach. Zaciśnięte szczęki. Przyspieszony oddech. Ciało niezwykle precyzyjnie pokazuje nam, że dzieje się coś ważnego.
Jeżeli jesteśmy w kontakcie ze sobą, często potrafimy zauważyć ten moment dosyć szybko. Problem w tym, że wiele z nas przez lata nauczyło się ignorować takie sygnały. Dlatego rozpoznanie tego momentu czasami wymaga praktyki, a czasami także wsparcia drugiej osoby, która pomoże nam zobaczyć coś, czego same jeszcze nie dostrzegamy. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że ciało zawsze daje sygnał. To jest wiadomość od samej siebie. Informacja: „Zatrzymaj się na chwilę.” „Sprawdź, co naprawdę się teraz dzieje.” „Sprawdź, czego potrzebujesz.” Ten moment trwa czasem kilka sekund. I właśnie dlatego tak łatwo go przeoczyć. W takich chwilach nie chodzi o to, żeby zawsze powiedzieć „nie”. Nie chodzi też o to, żeby zawsze wybierać siebie kosztem innych. Chodzi o to, żeby w ogóle zauważyć, że masz wybór. Bo kiedy pojawia się świadomość, przestajemy działać wyłącznie według starych schematów. I właśnie to jest dla mnie sedno bycia po swojej stronie.
Jak odróżnić chwilowe zmęczenie od sygnału, że od dłuższego czasu żyjemy wbrew sobie?
Wiele kobiet zadaje sobie to pytanie i szybko odpowiada: „To tylko zmęczenie”. Możemy być zmęczone po intensywnym projekcie, ważnym wydarzeniu, podróży czy nawet po czymś, co bardzo lubimy robić. Pytanie brzmi: co dzieje się później? Czy odpoczynek przywraca nam energię? Czy po kilku spokojniejszych dniach wracamy do siebie? Czy odzyskujemy chęć do życia, działania i kontakt ze sobą? Jeżeli tak, najprawdopodobniej mamy do czynienia z naturalnym zmęczeniem. Czasami wystarczy wolny weekend. Czasami potrzebujemy kilku tygodni spokojniejszego tempa, urlopu albo rezygnacji z części zobowiązań. To jest zupełnie normalne.
Pamiętam jednak klientkę, która wróciła z pięknych rodzinnych wakacji. Wszystko było udane. Odpoczynek. Bliscy. Dobre wspomnienia. A jednak dzień po powrocie poczuła, jakby emocjonalnie rozsypywała się na kawałki. I właśnie wtedy zobaczyła coś bardzo ważnego. Problemem nie był brak odpoczynku. Problemem było życie, do którego wracała. To doświadczenie bardzo dobrze pokazuje różnicę między zmęczeniem a życiem wbrew sobie. Bo jeśli odpoczywamy, śpimy, wyjeżdżamy na urlop, a mimo to nadal czujemy ciężar, pustkę, rozdrażnienie albo niechęć na myśl o codzienności, warto zatrzymać się i sprawdzić, co kryje się pod spodem. Albo kiedy okoliczności zewnętrzne uniemożliwiają nam regenerację – na przykład długotrwała choroba lub opieka nad dzieckiem lub rodzicem. To również jest moment do zatrzymania się. Wtedy często zachęcam kobiety do zadania sobie kilku pozornie prostych pytań, które bardzo często okazują się trudniejsze, niż się spodziewały. I one stają się początkiem zmiany.
Kiedy jesteśmy bardzo blisko własnej historii, trudno zobaczyć wszystko samodzielnie. Czasami potrzebujemy kogoś, kto zada właściwe pytanie i usłyszy odpowiedzi. Kogoś, kto pokaże inną perspektywę. Albo po prostu będzie obok, kiedy uczymy się wracać do siebie. Moja praca nie polega na dawaniu gotowych odpowiedzi. To raczej zatrzymanie się. Usłyszenie siebie. Zauważenie własnych reakcji. Odzyskanie kontaktu z ciałem. I odnalezienie miejsca, w którym znowu pojawia się wybór. Nauka i wprowadzenie w życie nowych reakcji.
Ogromną radość sprawiają mi momenty, kiedy po jakimś czasie słyszę: „Asia, praktycznie nic się w mojej sytuacji nie zmieniło, ale zmieniło się wszystko, bo czuję spokój.” Albo: „Nie wiedziałam, że można żyć z taką lekkością.” Albo: „Dziś wydaje mi się wręcz niemożliwe, że przez tyle lat żyłam w takim napięciu i nawet tego nie zauważałam.” Bardzo często okazuje się, że pod zmęczeniem nie krył się brak urlopu. Kryła się tęsknota za życiem bardziej w zgodzie ze sobą.
Gdyby miała Pani wskazać trzy rzeczy, które każda kobieta mogłaby zrobić już dziś, aby zacząć być bardziej po swojej stronie, co by to było?
Szczerze mówiąc, wskazałabym cztery rzeczy. Zaskakująco proste. To właśnie na nich opiera się moja metoda pracy, którą nazywam „4Z”.
Po pierwsze – zauważ. Zatrzymaj się na chwilę i zapytaj siebie: „Czego ja dziś naprawdę potrzebuję?” To pytanie wydaje się banalne. A jednak wiele kobiet potrafi godzinami opowiadać o potrzebach innych ludzi, a ma trudność z odpowiedzią na pytanie o własne.
Po drugie – zdemaskuj schemat. Przyjrzyj się temu, co robisz automatycznie. Jakie sytuacje sprawiają, że po raz kolejny rezygnujesz z siebie? Jak działa ten mechanizm? Kiedy się uruchamia? I najważniejsze pytanie: czy nadal Ci służy?
Po trzecie – zdecyduj. Nie o całym swoim życiu. Nie o przyszłości na najbliższe dziesięć lat. O jednym małym kroku na dziś. Jednej decyzji, która będzie wyrazem bycia po swojej stronie. Czasami będzie to rozmowa. Czasami odpoczynek. Czasami postawienie granicy. A czasami poproszenie o pomoc.
Po czwarte – zaufaj sobie i zostań przy swoim wyborze. To etap, o którym mówi się zdecydowanie za rzadko. Bo podjęcie decyzji jest ważne. Ale równie ważne jest wytrzymanie dyskomfortu, który czasem pojawia się później. Poczucia winy. Lęku przed oceną. Obawy, że zawiodę czyjeś oczekiwania. Dlatego tak ważne jest, aby nie tylko wybrać siebie, ale również zostać przy sobie w tym wyborze.
W moim programie „Być po swojej stronie” są to cztery filary zmiany. Nie wyglądają spektakularnie. Ale przynoszą efekty, bo zmiana zaczyna się od małych decyzji powtarzanych każdego dnia. To trochę jak efekt motyla. Na początku niemal niewidoczny, a z czasem potrafiący zmienić bardzo wiele.
Gdyby miała Pani wskazać jeden mit dotyczący rozwoju osobistego kobiet, który warto dziś obalić, jaki by to był?
Jeden? To trudne zadanie, bo tych mitów jest naprawdę wiele. Ale gdybym miała wybrać jeden, byłoby to przekonanie, że rozwój osobisty polega na stawaniu się lepszą wersją siebie. A ja widzę to zupełnie inaczej. Nie wierzę, że przyszłyśmy na świat po to, żeby całe życie próbować stać się kimś innym. Wierzę, że znacznie większym wyzwaniem jest przypomnieć sobie, kim naprawdę jesteśmy. Przez lata uczymy się funkcjonować według różnych oczekiwań, ról, przekonań i schematów. Tak skutecznie się do nich dostosowujemy, że czasami przestajemy wiedzieć, gdzie kończą się cudze oczekiwania, a zaczynamy my. Dlatego w swojej pracy pytam: „Kim jesteś, kiedy przestajesz spełniać oczekiwania wszystkich wokół?” To właśnie dlatego stworzyłam metodę 4Z: zauważ, zdemaskuj, zdecyduj, zaufaj. Bo zanim cokolwiek zmienimy, musimy najpierw zobaczyć, co naprawdę dzieje się w naszym życiu. Dopiero później pojawia się przestrzeń na świadomy wybór.
Mogłybyśmy cały ten wywiad oprzeć na historii mojego wyjazdu do Peru i zmianie zawodowej – od pracy w finansach i zarządzaniu do pracy z kobietami. To rzeczywiście brzmi jak historia spektakularnej transformacji. Tyle że z mojej perspektywy nie byłaby to prawdziwa opowieść o zmianie. Do Peru pojechałam szukać odpowiedzi na pytania, które zadawałam sobie długo wcześniej. Nie znalazłam tam gotowych odpowiedzi. Znalazłam siebie. A potem wróciłam do Polski i przez kolejne miesiące zaczęłam układać swoje życie na nowo. Z tych samych elementów, które miałam wcześniej. Ale w sposób bardziej zgodny ze sobą. Dlatego dziś wierzę, że zmiana może prowadzić do wielkiej transformacji. Widzę efekty u kobiet, z którymi pracuję. Ale zmiana niemal zawsze zaczyna się dużo wcześniej. Od jednego momentu szczerości wobec siebie i poszukania odpowiedzi na pytanie: „Kim naprawdę jestem?”
Co chciałaby Pani powiedzieć kobiecie, która czyta ten wywiad i czuje, że od dawna jest zmęczona, ale wciąż powtarza sobie: „Jeszcze dam radę”?
Powiedziałabym jej, żeby na chwilę zatrzymała się przy tym zdaniu. „Jeszcze dam radę.” Bardzo możliwe, że powtarza je sobie od miesięcy. A może od lat. „Jeszcze tylko skończę ten projekt.” „Jeszcze tylko dzieci będą starsze.” „Jeszcze tylko…”
W moim doświadczeniu wiele kobiet trafia do mnie nie dlatego, że nie dają rady. Wręcz przeciwnie. One dają radę od bardzo dawna. Tak długo, że przestały zauważać, ile je to kosztuje. I nie chodzi o to, żeby nagle wszystko rzucić. Nie chodzi o to, żeby jutro wywrócić swoje życie do góry nogami. Chciałabym tylko, żeby zadała sobie jedno pytanie: „A gdybym przestała sprawdzać, ile jeszcze wytrzymam, i zaczęła sprawdzać, czego naprawdę potrzebuję?”
Czasami jesteśmy tak skupione na dawaniu rady, że przestajemy zauważać siebie. A przecież życie nie jest konkursem na to, kto dłużej wytrzyma zmęczenie, przeciążenie czy samotność. Wierzę, że każda kobieta ma w sobie wewnętrzną mądrość, która wie, co jest dla niej ważne. Tylko bardzo często ten głos jest zagłuszony przez obowiązki, oczekiwania, pośpiech i przekonanie, że najpierw trzeba zadbać o wszystkich innych. Dlatego nie powiedziałabym jej: „Musisz się zmienić.” Powiedziałabym raczej: „Zatrzymaj się na chwilę i posłuchaj siebie.” Bo być może to, czego dziś najbardziej potrzebujesz, to wreszcie stanąć po swojej stronie. Zauważ to. I pozwól, żeby to był początek.
Wywiadu udzieliła: Asia Elżbieta Charkiewicz – mentorka i trenerka rozwoju osobistego kobiet, autorka programu „Być po swojej stronie”. Po ponad 20 latach pracy w finansach i zarządzaniu wybrała nową drogę. Dziś pomaga kobietom przekładać świadomość na codzienne wybory i budować życie bardziej zgodne ze sobą.
Więcej informacji o działaniach Asi znajdziesz na www.asiacharkiewicz.pl oraz na Facebooku, Instagramie i LinkedIn.


