Największa przemiana nie zaczyna się przed lustrem. Jak nauczyć się patrzeć na siebie z czułością?
Prawdziwa pewność siebie nie rodzi się z idealnego makijażu, perfekcyjnej sylwetki ani spełniania cudzych oczekiwań. Zaczyna się w chwili, gdy kobieta po raz pierwszy patrzy na siebie z życzliwością i uznaje, że jest wystarczająca dokładnie taka, jaka jest. To historia o samoakceptacji, odwadze i odkrywaniu własnej wartości.
Kiedy ostatni raz spojrzałaś na siebie z życzliwością?
Nie po to, żeby sprawdzić, co jeszcze powinnaś poprawić. Nie po to, żeby znaleźć kolejną zmarszczkę, siwy włos, kilka kilogramów za dużo czy oznaki zmęczenia. Po prostu po to, żeby zobaczyć kobietę, którą jesteś. Każdego tygodnia spotykam kobiety w różnym wieku: studentki, mamy, przedsiębiorczynie i seniorki. Choć różni je niemal wszystko, bardzo często łączy je jedno. Bez problemu potrafią wymienić swoje wady. Znacznie szybciej zauważają potrzeby innych niż własne. Dużo trudniej odpowiedzieć im na jedno, pozornie proste pytanie: co w sobie naprawdę lubisz? Właśnie wtedy wiem, że problem bardzo rzadko dotyczy wyglądu. Dotyczy sposobu, w jaki patrzymy na siebie. Bo można mieć pięknie wykonany makijaż i nadal czuć się niewystarczającą. Można usłyszeć dziesięć komplementów i uwierzyć tylko w jedną krytykę. Można osiągać cele, dobrze funkcjonować na zewnątrz, a w środku każdego dnia czuć, że ciągle jest się „za mało”.
Skąd bierze się poczucie, że jesteśmy niewystarczające?
Nie rodzimy się z przekonaniem, że jesteśmy niewystarczające. Nie rodzimy się z myślą, że jesteśmy za grube, za ciche, za mało odważne czy za mało piękne. Tego uczymy się później. Od ludzi, z doświadczeń, z porównań i z przekonań, które często nawet nie są nasze. Na moich warsztatach często pokazuję kobietom ciężką walizkę z kosmetykami. Otwieram różne szuflady, wyciągam produkty i porównuję je do naszych życiowych doświadczeń, które sukcesywnie dokładamy do tej walizki. Z czasem wyuczone nawyki stają się naszą prawdą. Biegniemy przez życie, nawet nie zastanawiając się, czy naprawdę chcemy tak żyć i czy te przekonania są rzeczywiście nasze.
Wyobraź sobie, że od wielu lat nosisz znacznie cięższy bagaż. Nie na ramieniu. W swojej głowie. To bagaż przekonań: „nie wypada”, „najpierw zadbaj o wszystkich”, „co ludzie powiedzą”, „muszę zasłużyć”, „jeszcze nie jestem gotowa”. Nosimy go tak długo, że zaczynamy wierzyć, iż jest częścią nas. A przecież jako dorosłe kobiety mamy prawo otworzyć tę walizkę, przyjrzeć się temu, co w niej jest, i świadomie zdecydować, co zostawiamy, a co zabieramy ze sobą dalej. Bo nie wszystko, czego nauczyłyśmy się jako dziewczynki, musi nam służyć jako dorosłym kobietom.
Moja droga do odkrycia własnej wartości
Doskonale znam ten ciężar. Przez wiele lat szukałam swojej wartości w oczach innych ludzi. Dobrze się uczyłam, byłam ambitna, osiągałam kolejne cele, a mimo to w środku ciągle czułam, że to za mało. Czekałam na pochwały, aprobatę i potwierdzenie, że jestem wystarczająca. Kiedy je dostawałam, na chwilę czułam się lepiej. Gdy ich brakowało, znów zaczynałam wątpić w siebie.
Już jako dziecko mierzyłam się z doświadczeniami, które sprawiły, że bardzo szybko zaczęłam wierzyć, iż moja wartość zależy od opinii innych. Przez lata skupiałam się na tym, czego mi brakuje, zamiast zauważać to, co już mam. Widziałam swoje niedoskonałości szybciej niż swoje mocne strony. Dzisiaj wiem, że problem nigdy nie tkwił w moim wyglądzie. Problemem był sposób, w jaki o sobie myślałam. Bałam się odezwać. Bałam się zapytać. Bałam się zrobić pierwszy krok. Nie dlatego, że nie miałam marzeń, ale dlatego, że nie wierzyłam, iż są również dla mnie. Najbardziej męczące nie było życie. Najbardziej męczące było ciągłe udowadnianie sobie, że zasługuję.
Moment, który zmienił wszystko
Punktem zwrotnym nie był sukces zawodowy. Nie był makijaż. Nie była pielęgnacja. Było jedno pytanie, które zadałam sobie, kiedy urodziła się moja córka. Patrzyłam na nią i pomyślałam: czy chciałabym, żeby za trzydzieści lat moja córka czuła się i patrzyła na siebie tak, jak ja patrzę na siebie dzisiaj? Czy chciałabym, żeby bała się marzyć? Żeby odkładała siebie na później? Żeby uważała, że zawsze musi zasłużyć na miłość i akceptację? Odpowiedź była jedna: nie. Wtedy zrozumiałam, że jeśli chcę wychować pewną siebie kobietę, najpierw sama muszę nauczyć się nią być. To był początek. Nie drogi do idealnej wersji siebie, ale drogi do tej prawdziwej. Wtedy podjęłam decyzję, że chcę zadbać o siebie. Nie dlatego, że nie byłam wystarczająca, ale dlatego, że w końcu uznałam, że jestem tego warta.
Jak buduje się prawdziwa pewność siebie?
Moja przemiana zaczęła się od świadomej pielęgnacji. Jednak dziś wiem, że nie chodziło wyłącznie o kremy. Wieczorna pielęgnacja była pierwszym momentem, kiedy każdego dnia mówiłam sobie: „jestem ważna”. Później pojawiły się książki, szkolenia, rozwój osobisty, nauka stawiania granic i uczenie się słuchania własnych potrzeb. Zrozumiałam, że każda decyzja podjęta z troski o siebie buduje zaufanie do samej siebie. Właśnie z tego zaufania rodzi się prawdziwa pewność siebie.
Pewność siebie nie pojawia się pewnego dnia. Buduje się wtedy, gdy dotrzymujemy obietnic składanych samej sobie. Kiedy robimy pierwszy krok. Kiedy uczymy się czegoś nowego. Kiedy odważamy się powiedzieć „nie”. Kiedy wybieramy siebie, nie ponad innych, ale razem ze sobą.
Odwaga zaczyna się po drugiej stronie strachu
Dla mnie jednym z takich momentów była możliwość pracy jako makijażystka w teamie podczas Fashion Week w Mediolanie. Pierwsza myśl? „Ja? Nie mam szans”. Ale gdzieś głęboko pojawiło się coś silniejszego od strachu. Coś, co pchało mnie w stronę celu, który jednocześnie mnie przerażał i ogromnie przyciągał. To nie była pewność. To była decyzja. Dzisiaj wiem, że nasz mózg często nie rozróżnia tego, co dobre i złe. Rozróżnia to, co znane i nieznane. Dlatego tak często boimy się nowych wyzwań. Nie dlatego, że sobie nie poradzimy, ale dlatego, że jeszcze ich nie znamy.
Odwaga nie polega na braku strachu. Polega na tym, że mimo niego robimy pierwszy krok. Wszystko, co najpiękniejsze w moim życiu, czekało właśnie po drugiej stronie strachu. Nadal się boję. Nadal czasem drżą mi ręce. Nadal wychodzę ze swojej strefy komfortu. Różnica polega na tym, że już nie czekam, aż przestanę się bać. Po prostu idę. Bo wiem, że każda decyzja podjęta z troski o siebie przybliża mnie do kobiety, którą chcę być.
Makijaż nie jest maską
Dzisiaj, zanim wezmę do ręki pędzel, najpierw patrzę kobiecie w oczy. Widzę, czy dostrzega w sobie piękno. Czy potrafi przyjąć komplement. Czy mówi o sobie z czułością. Dlatego moje warsztaty zawsze zaczynają się od rozmowy o samoakceptacji. Później uczę świadomej pielęgnacji. Dopiero na końcu pokazuję makijaż. Bo makijaż nie ma być maską. Ma być narzędziem, które podkreśla naturalne piękno kobiety, a nie ukrywa jej historii czy braku wiary w siebie. Nie chcę pokazywać kobietom lepszej wersji ich samych. Chcę pomóc im odnaleźć tę prawdziwą. Tę, która przez lata schowała się pod ciężarem cudzych oczekiwań, lęków i przekonań.
Dzisiaj wiem, że makijaż może dodać blasku skórze. Fryzura może odmienić wygląd. Stylizacja może podkreślić charakter. Zdjęcie może zatrzymać piękną chwilę. Ale żadna z tych rzeczy nie sprawi, że kobieta poczuje się wartościowa, jeśli wcześniej sama w to nie uwierzy. Dlatego nie uczę kobiet tworzyć nowej wersji siebie. Uczę je odkrywać tę, która była w nich od zawsze.
Najpiękniejszy makijaż, jaki może nosić kobieta
Nie uczę kobiet ukrywać niedoskonałości. Uczę je zauważać swoje piękno. Wierzę, że pielęgnacja może zadbać o skórę, a makijaż może podkreślić naturalne piękno. Ale najpiękniejszym makijażem, jaki kobieta może nosić, jest szczery uśmiech. Nie ten wymuszony. Nie ten zakładający kolejną maskę. Tylko ten, który pojawia się wtedy, gdy patrzy w lustro i z czułością myśli: „lubię kobietę, którą widzę”.


