Co zrobić, gdy nie masz już siły udawać, że wszystko jest w porządku? – Wywiad z Anną Saramą
Nie zawsze kryzys wygląda jak spektakularne załamanie. Często przychodzi po cichu – pod postacią zmęczenia, perfekcjonizmu, samotności i życia podporządkowanego oczekiwaniom innych. Anna Sarama, założycielka Ośrodka Psychoterapii dla Kobiet „Moje JA” w rozmowie opowiada o własnej walce o siebie, wychodzeniu z uzależnienia i o tym, dlaczego coraz więcej kobiet zgłasza się po pomoc dopiero wtedy, gdy nie ma już siły udawać, że wszystko jest dobrze.
Redakcja: „Przeszłam przez piekło i wróciłam mocniejsza” – to Pani słowa. Czy pamięta Pani moment, w którym zrozumiała, że musi zawalczyć o siebie?
Anna Sarama: Pamiętam ten moment bardzo dobrze, choć nie był to jeden spektakularny dzień ani nagłe olśnienie. To było raczej bolesne uświadomienie sobie, że jeśli niczego nie zmienię, moje życie będzie wyglądało dokładnie tak samo za rok, za pięć czy za dziesięć lat. Nie chciałam już tylko przetrwać kolejnego dnia. Chciałam naprawdę żyć. Kiedy mówię, że przeszłam przez piekło, nie mam na myśli jednego wydarzenia. Dla mnie piekłem było życie w ciągłym wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony bardzo chciałam być szczęśliwa, wolna i spokojna, a z drugiej tkwiłam w schematach, które prowadziły mnie dokładnie w przeciwnym kierunku. Piekłem było poczucie utraty wpływu na własne życie, wstyd, samotność i przekonanie, że muszę radzić sobie sama. To był stan, w którym człowiek coraz bardziej oddala się od siebie i przestaje wierzyć, że może żyć inaczej.
Myślę, że wiele kobiet zna ten stan. Z zewnątrz wszystko może wyglądać dobrze – obowiązki są wykonywane, praca trwa, dom funkcjonuje. Jednocześnie w środku jest coraz więcej zmęczenia, samotności, lęku czy poczucia, że zgubiło się samą siebie. Ja również doszłam do miejsca, w którym stanęłam pod ścianą i musiałam odpowiedzieć sobie na bardzo trudne pytanie: czy dalej będę udawać, że sobie radzę, czy odważę się poprosić o pomoc i zacząć zmieniać swoje życie? To nie była decyzja podjęta z siły. Wręcz przeciwnie. Narodziła się z bezsilności. Dopiero później zrozumiałam, że przyznanie przed samą sobą, że nie daję już rady, było jednym z najbardziej odważnych kroków, jakie zrobiłam. Dziś, patrząc z perspektywy czasu, wiem, że tamten moment nie był końcem. Był początkiem. Początkiem drogi do siebie, do życia bardziej świadomego, uczciwego wobec siebie i opartego na wartościach, a nie na uciekaniu od trudnych emocji.
Pisze Pani o rolach perfekcyjnej matki, partnerki i profesjonalistki. Kiedy kobieta zaczyna gubić w tym wszystkim samą siebie?
Najczęściej nie dzieje się to nagle. Kobieta nie budzi się pewnego dnia z myślą: „zgubiłam siebie”. To proces, który trwa miesiącami, a czasem latami. Zaczyna się od stawiania potrzeb wszystkich innych przed własnymi. Najpierw dzieci, partner, rodzice, praca. Potem coraz mniej zostaje miejsca dla niej samej. Wiele kobiet funkcjonuje wtedy bardzo dobrze. Są odpowiedzialne, skuteczne, dbają o innych. Problem polega na tym, że z czasem przestają zadawać sobie pytanie, czego same chcą i potrzebują. Żyją według listy obowiązków, a nie w kontakcie ze sobą.
W swojej pracy często spotykam kobiety, które mówią: „Powinnam być szczęśliwa, a nie jestem”. Właśnie to zdanie jest dla mnie jednym z najważniejszych sygnałów. Czasem największym kryzysem nie jest to, że coś się zawaliło. Największym kryzysem jest życie, które z zewnątrz wygląda dobrze, ale w środku przestało być naprawdę nasze. Kobiety rzadko gubią siebie przez jeden wielki błąd. Znacznie częściej gubią siebie przez tysiące małych rezygnacji z własnych potrzeb.
Wiele kobiet z zewnątrz wygląda na silne i poukładane, a wewnętrznie są na granicy wytrzymałości. Dlaczego tak często boimy się przyznać do własnego cierpienia?
Myślę, że wiele kobiet żyje dziś pod ogromną presją sprzecznych oczekiwań. Z jednej strony wolno nam być wrażliwymi, a nawet płakać. Z drugiej oczekuje się od nas, że będziemy doskonałymi matkami, partnerkami, profesjonalistkami i że poradzimy sobie ze wszystkim bez większego wysiłku. W efekcie wiele kobiet uczy się ukrywać własne cierpienie. Nie dlatego, że go nie czują, ale dlatego, że boją się oceny, poczucia winy albo etykietki matki czy profesjonalistki, która sobie nie radzi. W mojej pracy często spotykam kobiety, które przez lata były oparciem dla wszystkich wokół, a same nie dawały sobie prawa do słabości. Dlatego uważam, że przyznanie się do cierpienia nie jest oznaką słabości. To akt odwagi. Bo wymaga rezygnacji z roli osoby, która zawsze wszystko uniesie, i zmierzenia się z prawdą o sobie. Kobiety nie potrzebują dziś kolejnych instrukcji, jak być lepsze. Często potrzebują przestrzeni, w której mogą przestać udowadniać swoją wartość.
Alkohol, zakupy, praca czy perfekcjonizm bywają formą ucieczki. Jak rozpoznać moment, w którym „radzenie sobie” staje się wołaniem o pomoc?
Myślę, że granica nie przebiega między jednym zachowaniem a drugim. Granica przebiega między korzystaniem z czegoś a potrzebowaniem tego, żeby poradzić sobie z własnymi emocjami. Może to być alkohol, zakupy, praca czy perfekcjonizm. Ale może to być również relacja. Spotykam kobiety, które od lat tkwią w relacjach, w których nie czują się szanowane, bezpieczne czy kochane. Czasem słyszą krytykę, kontrolę, doświadczają manipulacji albo przemocy psychicznej, a relacja przestaje być miejscem spotkania dwóch osób, a staje się sposobem na wypełnienie wewnętrznej pustki.
Niepokojącym sygnałem jest moment, kiedy coraz trudniej wytrzymać samemu ze sobą. Kiedy potrzebujemy czegoś lub kogoś nie dlatego, że tego chcemy, ale dlatego, że bez tego nie potrafimy poczuć się dobrze. Uzależnić można się nie tylko od substancji. Czasem uzależniamy się od czyjejś obecności, uwagi, akceptacji albo nadziei, że ktoś w końcu da nam to, czego nie potrafimy dać sobie same. Zdarza się, że kobieta wie, że cierpi, wie, że jest źle traktowana, a mimo to nie potrafi odejść. Nie dlatego, że jest słaba. Najczęściej dlatego, że przez lata straciła kontakt z własną wartością i zaczęła wierzyć, że nie zasługuje na nic więcej.
W mojej pracy często widzę, że kobiety zgłaszają się po pomoc nie wtedy, gdy pojawia się problem, ale wtedy, gdy kończą się sposoby uciekania od niego. I bardzo często właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa zmiana. Pytanie nie brzmi: „Czy mogę bez tego żyć?”. Pytanie brzmi: „Kim jestem, kiedy tego zabraknie?”.
Jak wyglądała Pani własna droga powrotu do siebie? Co było najtrudniejsze w tej przemianie?
Moja droga nie była prostą linią od punktu A do punktu B. Były na niej momenty zwątpienia, potknięcia, trudne decyzje i konieczność zmierzenia się z prawdą o sobie. Najtrudniejsze było przestać uciekać – od emocji, od własnych zranień, od tematów, których przez lata nie chciałam dotykać.
Wiele osób myśli, że przemiana zaczyna się wtedy, kiedy stajemy się silniejsi. Ja mam inne doświadczenie. U mnie zaczęła się wtedy, kiedy przestałam udawać, że wszystko jest w porządku. Kiedy przyznałam przed sobą, że sama nie rozwiążę wszystkiego. Powrót do siebie nie polegał na staniu się kimś innym. Polegał na odzyskiwaniu siebie krok po kroku. Na uczeniu się stawiania granic, słuchania własnych potrzeb i budowania życia, które jest zgodne ze mną, a nie z oczekiwaniami innych. Największa przemiana nie wydarzyła się w moim życiu. Wydarzyła się w sposobie, w jaki zaczęłam patrzeć na samą siebie.
Czy to właśnie własne doświadczenia sprawiły, że zdecydowała się Pani stworzyć „Moje JA”? W którym momencie pojawiła się myśl: „Chcę stworzyć takie miejsce dla innych kobiet”?
Tak, choć nie stało się to od razu. „Moje JA” jest efektem wielu lat obserwacji, rozmów i wyciągania wniosków. Nie stworzyłam tego miejsca tylko dlatego, że sama czegoś doświadczyłam. Stworzyłam je dlatego, że zobaczyłam, jak wiele kobiet potrzebuje miejsca zaprojektowanego z myślą o ich rzeczywistych potrzebach, a nie o uniwersalnym modelu, który ma pasować wszystkim.
Moja terapia była dla mnie czymś znacznie więcej niż sposobem poradzenia sobie z trudnościami. To właśnie wtedy pojawiła się fascynacja człowiekiem, jego historią i tym, jak odzyskuje wpływ na własne życie. Jednocześnie byłam aktywną przedsiębiorczynią i dobrze wiedziałam, jak cennym zasobem jest czas. Zauważyłam, że działania wspierające zmianę często są rozproszone w czasie i miejscu. Terapia, rozwój osobisty i praca z ciałem funkcjonują obok siebie, ale rzadko tworzą jedną, spójną całość. Coraz częściej zadawałam sobie pytanie, jak stworzyć proces, który będzie jednocześnie głęboki, uporządkowany i dostosowany do realiów współczesnych kobiet.
Wiedziałam, że kobiety potrzebują czasu, żeby się zatrzymać i przyjrzeć swojemu życiu. Wiedziałam też, że współczesne kobiety nie mogą pozwolić sobie na proces pozbawiony struktury, celu i rozmywający się w czasie. Dlatego od początku zależało mi na stworzeniu programu, który będzie jednocześnie głęboki, spójny i dobrze zaplanowany. Pracując z kobietami w terapii ambulatoryjnej i stacjonarnej, obserwowałam ich historie, trudności, ale też to, co naprawdę pomagało im wracać do siebie. Z czasem zaczęłam dostrzegać, że choć wiele programów terapeutycznych jest tworzonych jako uniwersalne, kobiety często potrzebują czegoś więcej – przestrzeni stworzonej z myślą o ich doświadczeniach i potrzebach. Nie tworzyłam kolejnego ośrodka terapeutycznego. Tworzyłam miejsce, którego sama potrzebowałabym wiele lat temu. Tak powstało „Moje JA”.
„Moje JA” znajduje się z dala od hałasu i codziennego pośpiechu. Dlaczego właśnie cisza, natura i odcięcie od świata są tak ważne w procesie zdrowienia?
Na co dzień żyjemy w świecie, który nieustannie domaga się naszej uwagi. Telefony, wiadomości, obowiązki, praca, oczekiwania innych. W takim tempie trudno usłyszeć samą siebie. Dlatego cisza i odcięcie od codziennego zgiełku nie są dla mnie dodatkiem do terapii. Są jej ważnym elementem. Kiedy na chwilę odsuniemy to, co nas rozprasza, zaczynamy wyraźniej widzieć to, co naprawdę dzieje się w naszym życiu. To często bywa trudne, ale jednocześnie bardzo uwalniające.
Natura dodatkowo daje coś, czego wielu kobietom dziś brakuje – przestrzeń. Przestrzeń do zatrzymania się, złapania oddechu i bycia ze sobą bez pośpiechu. W „Moje JA” nie uciekamy od życia. Tworzymy warunki, w których można przyjrzeć się mu z większym spokojem i świadomością, a potem wrócić do niego w bardziej świadomy sposób. Trudno usłyszeć własny głos, kiedy przez cały czas zagłusza go świat.
To miejsce zostało stworzone wyłącznie dla kobiet. Z jakimi historiami i emocjami najczęściej trafiają do Was kobiety?
Najczęściej trafiają do nas kobiety, które przez bardzo długi czas były silne dla wszystkich wokół. Opiekowały się rodziną, dbały o relacje, pracowały, rozwiązywały problemy innych. Z zewnątrz często wyglądają na osoby świetnie radzące sobie z życiem, ale w środku są wyczerpane, zagubione i samotne. Przyjeżdżają z różnymi historiami. Czasem jest to uzależnienie, czasem depresja, lęk, zachowania kompulsywne czy trudna relacja. Coraz częściej są to także kobiety, które nie potrafią już odpowiedzieć na pytanie, czego same chcą od życia. Wiele z nich przyjeżdża z poczuciem, że zgubiły siebie gdzieś pomiędzy byciem matką, partnerką, córką i profesjonalistką. Łączy je jedno – przez lata bardziej wsłuchiwały się w potrzeby innych niż własne.
Dlatego stworzyłam miejsce wyłącznie dla kobiet. Nie dlatego, że kobiety są lepsze od mężczyzn albo że mężczyźni przeszkadzają w terapii. Powód jest znacznie prostszy. Kobiety często przyjeżdżają do nas po doświadczeniach trudnych relacji, przemocy, odrzucenia czy życia pod ciągłą oceną. Potrzebują przestrzeni, w której mogą na chwilę przestać uważać na to, jak są postrzegane. Kiedy znikają męskie spojrzenia, role i napięcia obecne w codziennym życiu, wiele kobiet po raz pierwszy od dawna pozwala sobie być po prostu sobą. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa praca nad zmianą.
W opisie „Moje JA” mocno wybrzmiewa bezpieczeństwo, anonimowość i brak oceniania. Czy dziś kobiety bardziej niż terapii potrzebują po prostu przestrzeni, w której mogą przestać udawać?
Myślę, że kobiety potrzebują jednego i drugiego. Dobra terapia jest niezwykle ważna, ale żeby mogła zadziałać, najpierw musi pojawić się poczucie bezpieczeństwa. Trudno mówić szczerze o swoim życiu, kiedy człowiek czuje się oceniany, zawstydzany albo musi cały czas pilnować tego, jak jest postrzegany. Wiele kobiet przez lata funkcjonuje w określonych rolach. Są matkami, partnerkami, córkami, profesjonalistkami. Często tak bardzo skupiają się na tym, czego potrzebują inni, że tracą kontakt z tym, czego potrzebują one same.
Właśnie stąd wzięła się nazwa „Moje JA”. Wierzę, że niezależnie od tego, czy kobieta przyjeżdża do nas z powodu uzależnienia, depresji, trudnej relacji czy życiowego kryzysu, gdzieś pod tym wszystkim znajduje się ona sama. Celem nie jest stworzenie nowej osoby. Celem jest odnalezienie, wzmocnienie i ugruntowanie własnego „JA”, żeby mogła wrócić do swojego życia z większą świadomością siebie, swoich potrzeb i swoich granic.
Najważniejsze wnioski przyniosła mi praca w terapii stacjonarnej. Kiedy jestem z uczestniczkami przez cały dzień, a nie tylko przez godzinę w gabinecie, widać znacznie więcej i można lepiej zrozumieć, czego naprawdę potrzebują, żeby wrócić do siebie. Bardzo często problemem nie jest to, że kobieta nie wie, jak żyć. Problemem jest to, że od dawna nie słyszy własnego głosu pod natłokiem oczekiwań i obowiązków.
Jak wygląda dzień kobiety, która przyjeżdża do „Moje JA”? Co dzieje się z nią emocjonalnie już w pierwszych dniach pobytu?
Pierwszym dniom niemal zawsze towarzyszy duża ilość emocji. Wiele kobiet przyjeżdża do nas z lękiem, wstydem, niepewnością i poczuciem, że zostawiają za sobą świat, nad którym dotąd próbowały panować. Często po raz pierwszy od wielu lat nie muszą nikogo ratować, organizować ani kontrolować.
Paradoksalnie dla części kobiet najtrudniejsze nie jest mówienie o problemach, ale bycie ze sobą. To ważne, bo wiele kobiet przez lata funkcjonowało wyłącznie w trybie działania. Tutaj uczą się także zatrzymywać. Kiedy opada codzienny pośpiech, zaczynają pojawiać się emocje, które przez długi czas były odsuwane na bok. Wiele kobiet przyjeżdża do nas zmęczonych życiem w ciągłej gotowości. Po kilku dniach odkrywają, że nie muszą być silne przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jednocześnie bardzo często już po kilku dniach słyszymy: „Pierwszy raz od dawna nie muszę niczego udawać”. To zwykle jest początek ważnej zmiany.
Dzień ma swoją strukturę i rytm. Cały proces można opisać jako drogę do własnego „JA”. Najpierw odkrywamy fundamenty i przyglądamy się temu, co doprowadziło kobietę do obecnego miejsca w życiu. Później budujemy świadomość, wzmacniamy stabilność, odnajdujemy kierunek i wyposażamy w indywidualne narzędzia. Nie chodzi o to, żeby wyjechała od nas jako ktoś inny, ale żeby spod lęku, wstydu, obowiązków, schematów i cudzych oczekiwań na nowo odnalazła własne „JA” i żyła w zgodzie z nim.
W świecie pełnym hałasu, social mediów i presji sukcesu coraz trudniej usłyszeć siebie. Jak nauczyć się ponownie być blisko własnych emocji?
Kobiety od lat słyszą, kim powinny być. Powinny być atrakcyjne, zaradne, obecne dla innych, rozwijać się, osiągać cele i jednocześnie zachować równowagę. Problem polega na tym, że wśród tych wszystkich „powinności” coraz trudniej usłyszeć własny głos. A bez niego trudno być blisko siebie.
Myślę, że pierwszym krokiem jest zatrzymanie się. To brzmi bardzo prosto, ale w rzeczywistości dla wielu z nas jest jedną z najtrudniejszych rzeczy. Żyjemy w świecie, który nieustannie zachęca nas do działania, porównywania się i spełniania kolejnych oczekiwań. W takim hałasie łatwo stracić kontakt ze sobą. Tymczasem emocje nie znikają tylko dlatego, że nie chcemy ich czuć. One czekają. Czasem ukrywają się pod zmęczeniem, rozdrażnieniem, bólem brzucha czy głowy, perfekcjonizmem albo ciągłą potrzebą zajmowania się innymi.
Bliskość z własnymi emocjami zaczyna się od zadania sobie prostych pytań: „Co naprawdę czuję?”, „Czego potrzebuję?”, „Czy żyję w zgodzie ze sobą?”. Nie chodzi o znalezienie odpowiedzi od razu. Chodzi o odzyskanie ciekawości wobec samej siebie. W moim doświadczeniu właśnie od tego zaczyna się droga do własnego „JA”. Powrót do siebie nie zaczyna się od wielkiej życiowej rewolucji. Zaczyna się od chwili szczerego spotkania z samą sobą w bezpiecznych warunkach.
Co chciałaby Pani powiedzieć kobiecie, która czyta ten wywiad i czuje, że powoli traci siebie, ale nadal odkłada decyzję o zmianie?
Powiedziałabym jej, żeby nie czekała, aż będzie naprawdę źle. Przez lata spotkałam wiele kobiet, które mówiły: „Jeszcze dam radę”, „To nie jest odpowiedni moment”, „Inni mają gorzej”. Bardzo często odkładały zajęcie się sobą tak długo, aż kryzys sam zaczął podejmować za nie decyzje. Jeżeli dziś czujesz, że coś w Twoim życiu przestało być w porządku, że jesteś zmęczona, zagubiona albo coraz bardziej oddalasz się od siebie, nie ignoruj tego głosu. Nie musisz od razu przewracać całego życia do góry nogami. Czasem pierwszy krok to szczera rozmowa, chwila zatrzymania, przyznanie przed samą sobą, że dłużej nie chcesz żyć w sposób, który Cię rani. Bardzo często intuicja wie, że coś jest nie tak, dużo wcześniej, niż jesteśmy gotowe się do tego przyznać. Nie musisz czekać, aż stracisz siebie całkowicie, żeby zacząć siebie szukać.
Wywiadu udzieliła: Anna Sarama – Założycielka Ośrodka Psychoterapii dla Kobiet „Moje JA”, przedsiębiorczyni i mentorka. Na podstawie własnej drogi wychodzenia z uzależnienia, kryzysu emocjonalnego i utraty poczucia własnej wartości stworzyła miejsce wspierające kobiety w odzyskiwaniu siebie i budowaniu życia w zgodzie z własnymi potrzebami. Łączy doświadczenie biznesowe z wieloletnią pracą w obszarze rozwoju osobistego oraz wsparcia kobiet. Wierzy, że prawdziwa zmiana zaczyna się od odwagi spojrzenia w głąb siebie i stworzenia bezpiecznej przestrzeni do zdrowienia. Dziś pomaga kobietom odnajdywać siłę, sprawczość i wewnętrzną równowagę.
Więcej informacji o działaniach Ani znajdziesz na www.mojeja-terapia.pl

